Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 9
wszystko na fraszki. Daję najświętsze słowo honorowe, lepszy rydz niźli nic... powoli, powoli przystałaby, a potem oczywiście, płakałaby wniebogłosy, gdybyśmy nie umieli zaradzić płaczowi. Rozumiecie?
— Ba! — huknął Szczepaniak przytomniejąc znacznie.
— Wtedy, widzicie, już nie pan Marceli Gulmańcewicz, ale pan Szczepan Szczepaniak, a raczej panna Marcjanna Szczepaniak byłaby jaśnie panią i dziedziczką Wilczego Dołku. To zupełnie co innego. Pani Kontrolerowa nie robi już łaski, że jej syn stara się o rękę dziedziczki, i to całą gębą dziedziczki, bo to Wilczy Dołek nie bagatela, kumie poczciwy! Włók nie tak wiele, bo — jakeście widzieli w hipotece — ośmnaście, ale grunt pszenny, propinacyjka cudo, karczma przy gościńcu, przewóz nad Narwią, dworek, ogród, pańszczyźniani ludzie, kuźnia sławna w okolicy i borku parę włóczek.
— To pachnie a prepre piętnastu tysiącami rocznego dochodu, sakr!
— Jestem nie wiedzieć kim, może i więcej! A jak się weźmiemy, kumie, do roboty, nie pożałujemy wydatków i choćby z gardła wyrwiemy Szpagatowiczowi naszą świętą, najświętszą własność, majstrze! Warn na stare lata miło będzie odpocząć — ze wsi-ście rodem — i być sobie oto panem, jak na to zasługujecie więcej od niejednego tam...
— Cóż to, do stokroć tysięcy ładunków bagnetów, czy mało znam rzemieślników, co powychodzili na panów?
— A choroba... choroba... — bełkotał kum Szczepan