Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 86
wszych dni po ślubie i gdybym, czego przypuścić nie mogę, był — dajmy na to — nieszczęśliwy w pożyciu, jak się to w tych czasach zdarza niejednemu, winę przypisałbym tylko sobie, a potem z najzimniejszą krwią palnąłbym sobie w łeb nie bacząc — o — na tego malca, którego także kocham nad życie. Wierzysz mi pan?
— Wierzę.
— Powiedz mi pan, ale bez obłudy, czy znając mnie kiedyś, wprawdzie dosyć powierzchownie, miałeś mnie za tak czułego, jakim ci się teraz wyjawiam? Szczerze, panie Sarmiewicz!
— Miałem pana zawsze za dobrego bardzo chłopca, nieco tylko za modnisia i hulakę — odparł Paweł, który na to szczere wyznanie Beleńskiego najzupełniejszą wzajemnością odpowiedział.
— Cieszy mnie, że się coraz bliżej poznajemy — szybko odrzekł Beleński — i że daję panu oczywisty dowód, czego wpływ dobrej kobiety dokazać może, kiedy z takiego kawała mięsa, jakim byłem bez zaprzeczenia, wyrobił się jaki taki człowiek, pragnący przynajmniej żyć i działać na tym świecie dla siebie i dla drugich. Dlatego też kocham bardzo tę kobietę, panie Sarmiewicz — rzekł z przyciskiem.
— Czy wolno przerwać to poważne à parte? — zagadnął dźwięczny głos i zza ciemnofioletowej portiery ukazała się Aniela. Zimowe słońce, wyraźnym a łagodnym blaskiem zaglądając w okno, oblało wdzięcznie kształtne i łagodne oblicze; złotawymi promykami zadrgało w jasnych włosach, pod którymi marzy gładkie czoło, tęsknią błękitne oczy.
„Cóż dziwnego, że się odrodził" — pomyślał Paweł nie mogąc oderwać od niej wzroku.