Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 85
niejsze pożycie, ciąg jednostajny wrażeń rodzinnych, słowem, tę, jakbyście ją nazwali, poezją domu, który taki anioł jak moja żona potrafi zamienić w prawdziwą świątynię, a której wdzięku mimo całej pojętności nie potrafisz zrozumieć.
— Znając państwa oboje — łatwe to do pojęcia.
— Kompliment, do jakiego nie sądziłem, żebyś pan był tak zdolny ex abrupto — wtrącił Beleński z uśmiechem, nie odstępującym go podczas całej rozmowy.
Fortepian zabrzmiał znowu — i jakiś etiud Szopenowski przepłynął marząco po klawiszach.
— Czy pan lubisz muzykę? — zapytał Paweł.
— Dosyć, chociaż wyznam, że się na niej tak bardzo nie znam i nie rozumiem, ale kiedy mi co żona zagra albo zaśpiewa, to mi się nadzwyczaj podoba. Mam bo dziwne gusta i czasami kobiecą prawie tkliwość mimo postawy, jak pan widzisz, wcale nie zniewieściałej. Lubię, na przykład, ten rodzaj muzyki: słyszysz pan, jak się tam drze mój syn?
— Henryś! — zawołał — i wbiegł z krzykiem chłopczyna czteroletni z długimi lnianymi włosami, wielkich niebieskich oczu, jakby miniatura matki, jedyne dziecię Beleńskich. Wziął go na kolana, pohuśtał, pogładził jasne loki. Uśmiechając się i odpowiadając na dziecinne piskliwe szczebiotanie, rzekł znów zwolna do Pawła po francusku:
— Nie jestem, broń Boże, rygorystą. Owszem, w moralności mojej dosyć pobłażający, ale nie rozumiem znowu tych ludzi, co po krótkim pożyciu obojętnieją dla żon, lekceważą je i uciekają z domu, aby gdzie indziej szukać rozrywek. Daję panu słowo uczciwości, zakochany tak jestem w mojej, jakby pier-