Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 84
Rozmowę tę przerwał dźwięk fortepianu z sali i uroczy głos kontraltowy, śpiewający Pochwałę łez Szuberta. Paweł zarumienił się i mimo woli odwrócił oczy od badawczego, zmrużonego wzroku Beleńskiego, który z lekkim uśmiechem pokręcał wąsa i zapytał, każdy wyraz wymawiając zwolna a dobitnie:
— Wszak prawda, panie Sarmiewicz, że odkąd pan słyszałeś żonę moję śpiewającą za panieńskich czasów w Gierzejach, głos jej nie tylko teraz nie stracił, ale zyskał na pełności, okrągłości i ekspresji?
— Co do ekspresji, zgoda; ale co do samego brzmienia, różnicy nie znajduję — odparł Paweł czując, że cośkolwiek wypada odpowiedzieć, a niekoniecznie zaraz zgodzić się w zdaniu.
— Oj, to źle! Gotowa by się żona zmartwić, gdybym jej powiedział, że nie widzisz pan postępu w ulubionej jej rozrywce.
— Żona pańska ma tak piękny głos, tyle w nim uczucia i wyrobienia, że starczyłby nie tylko za rozrywkę domową, na dyletantyzm amatorski, ale dla prawdziwej artystki. Dziwi mnie, że nie daje się słyszeć nigdzie, tak jak wiele innych dam, znacznie słabszym, mniej wyrobionym głosem obdarzonych — rzekł Paweł, spokojnie już patrząc na Beleńskiego.
— Zmiłuj się pan, panie Sarmiewicz, nie poszepnijże jej tej myśli. Kobiety zaczęłyby mi znowu suszyć głowę, tak jak o kaplicę. A kobietom trudno odmówić, zwłaszcza mojej żonie, której dotychczas nie sprzeciwiałem się w niczym. Rozpoczęłyby się u nas schadzki, próby, koncerta. Pewnie by także Karolci zachciało się śpiewać, a może i pani Celestynowej. Trzeba by uciekać z domu, a nasłuchawszy się aż nadto hałasów za kawalerstwa mego, po ożenieniu polubiłem spokoj-