Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 82
zostawiając, wszyscy macie już prawie za konającą.
— Za konającą, niechże Bóg broni, ale za chorą i potrzebującą lekarstwa — bez zaprzeczenia... I powtarzam, że jedynie można pokrzepić i podnieść możniej-szy stan rolniczy, który zawsze jądro bytu naszego stanowił i stanowić będzie, przez wzmocnienie, oświecenie i uprawnienie tej uboższej, włościańskiej, małoletniej braci, złączonej z nami najspójniejszymi związkami plemienia, krwi, języka, obyczajów i religii. Tym samym i do średniego stanu, złożonego dotychczas po największej części z krajowców Żydów, od kilkuset lat zamieszkujących z nami razem, i z napływowej warstwy z Zachodu, której mała liczba osiadła u nas, a wielu, spanoszywszy się, najczęściej zarobiony grosz wywożą i wracają do swoich, przybyć muszą świeże, swojskie żywioły, których w średnim stanie zawsze było niewiele; a i te znikają coraz bardziej.
— Sądzisz więc pan, że z chłopstwa ukolonizowanego czy uwłaszczonego zaczęliby się ludzie brać do rzemiosł, do pracy i zarobku po miastach?
— Ma to miejsce i w obecnym stanie rzeczy, tym bardziej w następnym.
— Nie wierz pan temu, sądzisz teoretycznie, nie znasz z bliska chłopa, dla którego żebyś nie wiedzieć jakie ustąpienia i ułatwienia robił, woli nędzę niż pracę, nie przemoże tradycyjnych narowów lenistwa i pijaństwa.
— Łaskawy panie... Gdyby nawet tak było, to mniej się dziwić trzeba nieokrzesanym chłopom niż okrzesanym panom, co też same wady i przymioty najniezawodniej posiadają, a zwłaszcza też ostatnią, której jednak nie można brać za zupełnie jedno i to samo z tradycyjną cnotą gościnności.
— Tak surowo i ostro patrzyć na rzeczy moż-