Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 8
daję najświętsze słowo honorowe, przykro nawet mówić.
— Baltazarku! daj pyszczka! To po przyjacielsku powiedziane, poczciwy Baltazarku! Tak jest! Im się zdaje, że to już wielkie państwo, do stu tysięcy bębnów i tornistrów! Co? może nieprawda — wiarus?
— Ba! zarazem zmiarkował, że jegomość zdrowo gada.
— Zdrowie jego!
— Poczekajcież! — pisnął Jabłuszko podnosząc się i wstrząsając za oba guziki kapotą Szczepaniaka. — Przez wzgląd na Marcelka i na nią samą, bo znowu zacności kobieta, musim jej pomóc, ale musimy pomóc i kumowi Szczepanowi, nie po przyjacielsku, ale familijnie, familijnie, rozumiecie?
— Niby krzynę.
— Czemuby oto, na przykład, nasz majsterek nie miał jej zaproponować, że on sam gotów by nabyć od niej Wilczy Dołek?
— Bodaj też najjaśniejsze pioruneczki nie zatrzasły! Kupić Wilczy Dołek!
— Z najoczywistszych najoczywistsza, że nie ma na podorędziu tyle pieniędzy... aleć jest rękojmia: kuźnia, domek — śliczna, nowa kamieniczka! A gdyby majster, nie wykładając od razu pieniędzy lub też tylko malutenieczko, kupił całą tę sprawę, a raczej pomieniał się na ten domek oto na Głębokiej, a resztę ratami upłacił? Rozumiecie?
— Nie przystanie, sakr, przecież z Chałkiem nie zgodziła się.
— Chałkowi ja nie dałem, ale tu, jestem nie wiedzieć kim, zupełnie co innego. Każda kobieta, choćby najrozumniejsza, widzicie, boi się procesu jak ognia, trzęsie się z najstraszniejszego strachu na samo wspomnienie wydatków, chociaż po trochu wyda