Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 77
chcesz pogodzić się ze mną, daj mi parę rubli, bo bez ceremonii okręcę warkocz koło ręki i rozpoczniem taniec — zawołał podnosząc się groźnie.
— Cóż to, myślisz, że nie ma ludzi w tym domu, żebym pozwoliła się krzywdzić tobie, tobie?...
— Nim tego Gulmańcewicza licho tu przyniosło, wszakże byłem najgrzeczniejszy i najdelikatniejszy — ale niech Pan Bóg broni, kiedy mi kto wodę moję zamąci! Za tyle nocy bezsennych, com tu wyłaził pod oknami, gryząc wargi i język z zazdrości, muszę ci dać raz w życiu dobrą pamiątkę... niech sobie potem ludzie przychodzą, to mi wszystko jedno! — groził Kocio.
Domicela drżała w duszy, na ustach miała tylko uśmiech pogardy.
— O, wiem, wiem, że byś nawet uderzył kobietę, ale ja się nie boję! — zawołała głośno.
Wtem zastukał prędko i wszedł Marcelek. Jubiler co do słowa potwierdził to, co mu powiedziała.
— Do widzenia, kochana kuzynko! Żegnam pana dobrodzieja, muszę wracać na partię... a coraz pan piękniej wyglądasz. Porucznik zakochał się w panu widocznie — rzekł grzeczniutko odchodzący Kocio.
 
III
— W takim razie, panie Sarmiewicz, postąpmy już zupełnie na obszerniejszą skalę. Wymurujmy kilka porządnych domostw na trzy, na dwie familie każdy. Możemy nawet wykonać to nieco artystyczniej, w jednym lub rozmaitych stylach, rozrzucić tu i owdzie po Gierzejach, otoczyć drzewkami i sadami, poprzystawiać porządne zabudowania.
— Darujesz pan, zupełnie sprzeciwiam się temu projektowi, upoetyzowanemu w rolniczym romansie