Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 74
zawsze ta kobieta magnetyczny wpływ wywierała, zadrżał na syczące brzmienie niskiego głosu.
— Nie podobna, żeby krawcowa miała kazać wsadzić fałszywe, nie ośmieliłaby się.
— Tam, gdzie idzie o zarobek, każdy się ułakomi i na wszystko ośmieli. Brylanciki nie były tak czystej
wody, a choć tylko jeden ażur,  ale zgrabnie oprawne, zawsze dwadzieścia kilka rubli do trzydziestu warte.
— A strzeżże mnie, Panie Boże, żebym miał kiedykolwiek zastawiać takie kosztowności! — zawołał rzewnym głosem Marcelek, któremu ciągle stały na myśli spinki opalowe. — Ale co tu począć, co tu począć, co tu począć,
mon Dieu — dodał po chwili prawie płaczliwie. — Jakby się mama dowiedziała o tym przypadkiem, to i po nitce doszłaby do kłębka, i bardzo by się na mnie gniewała... A mnie tu koniecznie potrzeba pieniędzy.
— Na co? Na krawacik, kamizelkę, lornetkę albo może znowu łańcuszek?
— Jak panią z duszy serca poważam, czczę i kocham... winienem Pawłowi, memu kuzynowi, którego pani przecie znasz, kilka rubli, i muszę mu oddać.
— Pan Sarmiewicz pewno się nie dopomina i może
poczekać — odrzekła zwolna kobieta, przekonana, że młodzik kłamie, ale kiedy tenże młodzik cisnął się jej do nóg i mimo jej oporu zaczął ze łzami całować po rękach, ulitowała się nad nim przyrzekając sobie w duszy, że po raz ostatni.
— Trzeba iść zaraz ze szpilką do jubilera i przekonać się, czy istotnie fałszywe, bo mogę się mylić. Moramce ani słowa o tym nie powiem. Jeżeli jubiler powie to, co ja, to zawsze ci pożyczy trzy, cztery ruble... ale jak jej na czas nie oddasz, skompromitujesz mnie na wieki, a wymagać pan przecie nie będziesz, żebym