Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 71
— A do panny Szczepaniak nie wstępowałeś?
— Prawda, na chwilę...
— A od panny Szczepaniak może jeszcze z wizytą do radcostwa, do tych pięknych dam ze wsi, co to w kamienicy narożnej blisko Saskiego Ogrodu mieszkają?
— Strzeżże mnie, Panie... a to po co tak często? Raz w tydzień na wieczór, czy to nie dosyć? — odparł Gulmańcewicz nie mogąc ukryć uśmieszku zadowolenia. — Skądże humor tak niedobry, pani Domciu? — zapytał po chwili, ośmielając się ująć jej rękę, którą chciał podnieść do ust.
— Bardzo proszę, bez tych grzeczności — ofuknęła żywo kobieta, odpychając mu rękę tak energicznie, że go aż w obojczyku zabolało.
— Pani najukochańsza! Cóżem pani zrobił... czy się godzi gniewać na mnie, na mnie... i o co? — zagadnął ze śmiałością, na którą przedtem nie zdobyłby się, ale przez bywanie w wyższym towarzystwie, choćby się tam tylko najbezczelniej wpraszało lub wciskało, nabiera się pewnego rodzaju lekceważenia, a przynajmniej pewności siebie w niższym.
U wielu, co z takiego bywania pysznią się sami przed sobą, słabnie zaraz wrażenie, jakie wywierają dawne znajomości, nie podnoszące się do tych sfer światowych, gdzie samo powietrze, według nich, uzacnia zaraz i podnosi człowieka. Zdarza się to młodzikom, wyżej pod każdym względem usposobionym od takiego Gulmańcewicza, a cóż dopiero jemu! Jakiś rozkazujący tonik głosu i większa swoboda w obejściu raziły Jabłuszkowę od niejakiego czasu coraz bardziej.
— Ej, panie Marceli, ej, panie Marceli, żyjesz tak sobie i hulasz nie myśląc o jutrze, a to jutro zawsze najgorsze — rzekła kobieta, której krew biła do gło-
— Prawda, na chwilę...
— A od panny Szczepaniak może jeszcze z wizytą do radcostwa, do tych pięknych dam ze wsi, co to w kamienicy narożnej blisko Saskiego Ogrodu mieszkają?
— Strzeżże mnie, Panie... a to po co tak często? Raz w tydzień na wieczór, czy to nie dosyć? — odparł Gulmańcewicz nie mogąc ukryć uśmieszku zadowolenia. — Skądże humor tak niedobry, pani Domciu? — zapytał po chwili, ośmielając się ująć jej rękę, którą chciał podnieść do ust.
— Bardzo proszę, bez tych grzeczności — ofuknęła żywo kobieta, odpychając mu rękę tak energicznie, że go aż w obojczyku zabolało.
— Pani najukochańsza! Cóżem pani zrobił... czy się godzi gniewać na mnie, na mnie... i o co? — zagadnął ze śmiałością, na którą przedtem nie zdobyłby się, ale przez bywanie w wyższym towarzystwie, choćby się tam tylko najbezczelniej wpraszało lub wciskało, nabiera się pewnego rodzaju lekceważenia, a przynajmniej pewności siebie w niższym.
U wielu, co z takiego bywania pysznią się sami przed sobą, słabnie zaraz wrażenie, jakie wywierają dawne znajomości, nie podnoszące się do tych sfer światowych, gdzie samo powietrze, według nich, uzacnia zaraz i podnosi człowieka. Zdarza się to młodzikom, wyżej pod każdym względem usposobionym od takiego Gulmańcewicza, a cóż dopiero jemu! Jakiś rozkazujący tonik głosu i większa swoboda w obejściu raziły Jabłuszkowę od niejakiego czasu coraz bardziej.
— Ej, panie Marceli, ej, panie Marceli, żyjesz tak sobie i hulasz nie myśląc o jutrze, a to jutro zawsze najgorsze — rzekła kobieta, której krew biła do gło-
www.heavyvisions.pl