Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 70
ze spinkami opaowymi, za które gotówką musząc zapłacić znacznie więcej niż dziesięć rubli, potrzebował nadto mieć w kieszeni kilka rubelków na nieprzewidziane wydatki. Moramsza mile uśmiechnęła się do tak pięknego fantu, jeszcze milej do Marcelka. Wiedząc, że stoi u Jabłuszków, powiedziała mu, że ponieważ jubiler mieszka daleko, poprosi szanownej sąsiadki, pani Domiceli znającej się na takich kosztownościach, żeby jej otaksowała szpilkę.
— Już ta kochane pani co powie, to ja na wszystkim przystanę — dodała Żydowica kłaniając się nisko interesantowi.
— Zdaje mi się, że pana Jabłuszki nie ma teraz w domu... Przyjdźże, kupcowa, za chwilę na podwórko, jak u okna zawołam, wejdź... Sam o to poproszę pani Jabłuszko — powiedział odbierając szpilkę.
— Bardzo chętnie! — odrzekła zastawiarka śmiejąc się piskliwie do męża i bachórków, kiedy już młodzik odszedł.
Widocznie w tym dniu prześladowało coś Marcelka. Prócz mamy dobrodziejki u wszystkich osób mu życzliwych same jakieś zasępione twarze spotykał. Domicela, witając go zawsze nader uprzejmie, chociaż pod jednym dachem mieszkali — wybiegając nawet naprzeciw niego, po kilka razy dziennie, ilekroć szedł do nich ze stancyjki swojej, która, acz należąca do apartamentu, oddzielny miała wchód — dzisiaj przyjęła go bardzo ceremonialnie, nie wstała z kanapy i z gorzko-słodkim, widocznie zmuszonym uśmiechem zapytała, gdzie tak długo bawił.
— U mamy...
— A jeszcze gdzie?
— Strzeżże mnie, Panie... nigdzie! najdroższa pani — odparł rozsiadając się wygodnie z drugiej strony
kanapy.
— Już ta kochane pani co powie, to ja na wszystkim przystanę — dodała Żydowica kłaniając się nisko interesantowi.
— Zdaje mi się, że pana Jabłuszki nie ma teraz w domu... Przyjdźże, kupcowa, za chwilę na podwórko, jak u okna zawołam, wejdź... Sam o to poproszę pani Jabłuszko — powiedział odbierając szpilkę.
— Bardzo chętnie! — odrzekła zastawiarka śmiejąc się piskliwie do męża i bachórków, kiedy już młodzik odszedł.
Widocznie w tym dniu prześladowało coś Marcelka. Prócz mamy dobrodziejki u wszystkich osób mu życzliwych same jakieś zasępione twarze spotykał. Domicela, witając go zawsze nader uprzejmie, chociaż pod jednym dachem mieszkali — wybiegając nawet naprzeciw niego, po kilka razy dziennie, ilekroć szedł do nich ze stancyjki swojej, która, acz należąca do apartamentu, oddzielny miała wchód — dzisiaj przyjęła go bardzo ceremonialnie, nie wstała z kanapy i z gorzko-słodkim, widocznie zmuszonym uśmiechem zapytała, gdzie tak długo bawił.
— U mamy...
— A jeszcze gdzie?
— Strzeżże mnie, Panie... nigdzie! najdroższa pani — odparł rozsiadając się wygodnie z drugiej strony
kanapy.
www.heavyvisions.pl