Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 68
Ale też, stosując się już do nazwy smyków, choćby wam rączki oprawić w brylanty, nawiązać włosie z grzywy najczystszej krwi arabczyka, wysmarować je kalafonią jak łza przezroczystą, jak lilia woniejącą, nie zdołacie tak uderzyć w struny duszy kobiecej, żebyście z niej najdźwięczniejsze akordy wywołać potrafili, żeby nadziemskość i ziemskość, anioł i człowiek wyjrzały z niej jak starożytny Eros z jednym okiem we łzach tonącym, a drugim uśmiechniętym.
Wyście najczęściej tylko owymi smykami, co to rzemieślnicy salonowi lub ogródkowi, pejsaci lub kudłaci wydobywają nimi ze skrzypców zwyczajne brzmienia tramblantki, szotisza lub kontredansa. Mimo to jesteście szczęśliwi, minki wasze najczęściej tak zadowolone jak wyżełek, mops lub z właściwym uwzględnieniem pudel nakarmiony, wystrzyżony i wymyty, co radośnie potrząsając brzęczącą obrożą wybiega na spotkanie kundlicy z sąsiedniego domu lub też drzemie u kolan pani czując na sobie głaszczącą jej rękę delikatną.
Korzystając z darów szczęścia, a nie zdołając pojąć wznioślejszych jego przymiotów, żartujecie po cichu z tych, co o nich marzą lub pragną, uśmiechacie się do siebie — jak w duszy Gulmańcewicz widząc łzy gradem (według tradycyjnego porównania) pereł przez niego i dla niego z pięknych oczu płynące. Nie był to uśmiech szyderczy, wątpiący, pastwiący się, zimny, który by w takim razie u innej postaci można mniej więcej kłamliwie lub prawdopodobnie przypuścić — ale tak sobie niedorzecznie próżny i najdokładniej odpowiedni kartofelkowemu noskowi i okrągłym
Wyście najczęściej tylko owymi smykami, co to rzemieślnicy salonowi lub ogródkowi, pejsaci lub kudłaci wydobywają nimi ze skrzypców zwyczajne brzmienia tramblantki, szotisza lub kontredansa. Mimo to jesteście szczęśliwi, minki wasze najczęściej tak zadowolone jak wyżełek, mops lub z właściwym uwzględnieniem pudel nakarmiony, wystrzyżony i wymyty, co radośnie potrząsając brzęczącą obrożą wybiega na spotkanie kundlicy z sąsiedniego domu lub też drzemie u kolan pani czując na sobie głaszczącą jej rękę delikatną.
Korzystając z darów szczęścia, a nie zdołając pojąć wznioślejszych jego przymiotów, żartujecie po cichu z tych, co o nich marzą lub pragną, uśmiechacie się do siebie — jak w duszy Gulmańcewicz widząc łzy gradem (według tradycyjnego porównania) pereł przez niego i dla niego z pięknych oczu płynące. Nie był to uśmiech szyderczy, wątpiący, pastwiący się, zimny, który by w takim razie u innej postaci można mniej więcej kłamliwie lub prawdopodobnie przypuścić — ale tak sobie niedorzecznie próżny i najdokładniej odpowiedni kartofelkowemu noskowi i okrągłym
www.heavyvisions.pl


