Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 67
jej rękę, którą natychmiast cofnęła, i zapytać tym swoim głosikiem najczulszym, któremu usiłował teraz dodać smutnego brzmienia (co wszystko ludzie niedorzeczni łatwiej dokonywają od dorzecznych).
— Czy pani gniewa się na mnie, Mlle Marceline? Je non merite pas votre colère, comme j'aime maman je ne sais pas pourquoi vous se fachez sur moi!
— Nie gniewam się — odparła cichuteńko uczennica spuszczając oczy jeszcze bardziej.
— Na taką odpowiedź zbywającą i obojętną nie zasłużyłem,
Mlle Marceline, lecz strzeżże mnie, Panie, żebym panią zapytywał więcej, en voyant que cela vous fait si beaucoup de peine — odparł smutno i głos mu zadrżał nieco.
Oczy uczennicy podniosły się wtedy po raz pierwszy, spojrzały nań przez chwilę, pierś oddychała żywiej, łzy biegły i więzły w gardle, nareszcie obfity zdrój spłynął z głośnym łkaniem na rumiane policzki, opadł na biały gors... a spośród łez źrenice błyskały tak czystą, niewinną i prawdziwą wymówką. Oj, Gulmańcewiczu, cny potomku Barbary z Kalbfleischów, i ty cała rodzino podobnych mu, w czepku urodzonych smyków, czemu to wam los tyle w życiu chwil cudnych przedstawia i przy składnych waszych mordeczkach daje serce najczęściej jakby z gutaperki, dusze jakby ze starej gąbki, oczy jakby z potłuczonych szkieł od starej latarni dorożkarskiej? Chwila taka, której wspomnienie starczyłoby już może niejednemu na pociechę, na zapełnienie tylu nieraz dni przykrych lub samotnych, dla was bywa chlebem powszednim, którego smaku nie czując nie pojmujecie wartości.