Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 65
— I cóż złego, gdybym bywał u jakich pań bogatych, powiedzcież, Jakubowa? — zagadnął Marcelek uśmiechając się z lekka. Wszystko to, co mu gadatliwa baba doniosła, łechtało jak najprzyjemniej jego próżność.
— Oj... prezante arm — marsz! Przenajświętsza Panno Sokalska, paniczek gra ze mną jakby w ciuciubabkę. Jużci, dla mnie nic złego, ale panience to już się zaraz widzi, że pan Marcin rozgniewał się i zapomniał! — zawołała zatykając sobie nagle usta ręką.
— Kłaniajcie się, Jakubowa, jak najpiękniej pannie Marcjannie i majstrowi... będę w tych dniach niezawodnie.
— A najsłodsze imię Jezu... to nawet pan Marcin nie chce już i poczekać na panienkę? Widziała, jakeś paniczyk szedł na górę do mamy, i zaszła do Fidrykowej nie słysząc, widać, biedactwo, żeś paniczyk zeszedł tu z góry. Idę po nią, duchem tu będzie... No, a dla starej Jakubowej, że tak wypytlowała wszystko, pour delodwi, pas sou, pas argent, ani złotówczyny? — rzekła zatrzymując się nagle w progu. Marcelek dał jej dziesiątkę przepraszając, że nie ma więcej drobnych, chociaż, prócz dziesięciu rubli od matki, z drugiej strony sakiewki tkwiło kilkanaście złotówek.