Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 64
palec na ustach na znak milczenia. — Marcychna, biedactwo, tak zmizerowała się, żeśmy tu wszyscy na dobre postrachali się o nią.
— Strzeżże mnie, Panie! Co mam dokazywać? Nie rozumiem was!
— A Przenajświętsza Panno Sokalska... nie udawaj no pan Marcin przed starą Jakubową, co nie z jednego pieca chleb jadła i wie jak trawa rośnie. Marcychna dowiedziała się, że paniczyk pono bywa u jakichś pań bardzo bogatych.
— U jakich?
— Parol, nie wiem naprawdę, ale okropniście zgryzło się biedactwo... i jeszcze okropniściej, że pan do nas tak rzadko, coraz rzadziej przychodzi, ino jakby z łaski. Aj... Panienko Najświętsza, zaświerzbiło mnie coś w język i wygadałam się niepotrzebnie... Ho, ho, przed kim innym trzymałabym ostro za zębami, ale jak mi Bóg miły, pan Marcin, widać, w czepku się rodził, bo tu wszystkie lubią: i młode, i stare — rzekła żywo, a na błyszczącym jej nosie i w oczach nieco błędnych widoczne były ślady kieliszków, którymi zwyczajem starożołnierskim, w miarę przybywającej starości, nie bardzo gardziła, a coraz mniejsza miarka wystarczała już na niezłe podchmielenie.
— Więc panna Marcjanna chora?
— Marmuzel Marcychna wczoraj i onegdaj to tak jak cień, ino z kąta w kąt łaziła i łezki obcierała... Poszłyśmy do kabalarki na Piwną i kabała niedobrze wypadła. Jest jakiś amant, co ją bardzo kocha, jest znów jakaś brunetka, co przeszkadza... Aj, Panno Miłościwa, nie wydajże mnie paniczyk przed panienką, bo bym dopiero nawarzyła sobie bigosu. Kum Szczepan także jest markotny. Odkąd się pan wyprowadziłeś, wszystko tu źle idzie.
— Strzeżże mnie, Panie! Co mam dokazywać? Nie rozumiem was!
— A Przenajświętsza Panno Sokalska... nie udawaj no pan Marcin przed starą Jakubową, co nie z jednego pieca chleb jadła i wie jak trawa rośnie. Marcychna dowiedziała się, że paniczyk pono bywa u jakichś pań bardzo bogatych.
— U jakich?
— Parol, nie wiem naprawdę, ale okropniście zgryzło się biedactwo... i jeszcze okropniściej, że pan do nas tak rzadko, coraz rzadziej przychodzi, ino jakby z łaski. Aj... Panienko Najświętsza, zaświerzbiło mnie coś w język i wygadałam się niepotrzebnie... Ho, ho, przed kim innym trzymałabym ostro za zębami, ale jak mi Bóg miły, pan Marcin, widać, w czepku się rodził, bo tu wszystkie lubią: i młode, i stare — rzekła żywo, a na błyszczącym jej nosie i w oczach nieco błędnych widoczne były ślady kieliszków, którymi zwyczajem starożołnierskim, w miarę przybywającej starości, nie bardzo gardziła, a coraz mniejsza miarka wystarczała już na niezłe podchmielenie.
— Więc panna Marcjanna chora?
— Marmuzel Marcychna wczoraj i onegdaj to tak jak cień, ino z kąta w kąt łaziła i łezki obcierała... Poszłyśmy do kabalarki na Piwną i kabała niedobrze wypadła. Jest jakiś amant, co ją bardzo kocha, jest znów jakaś brunetka, co przeszkadza... Aj, Panno Miłościwa, nie wydajże mnie paniczyk przed panienką, bo bym dopiero nawarzyła sobie bigosu. Kum Szczepan także jest markotny. Odkąd się pan wyprowadziłeś, wszystko tu źle idzie.
www.heavyvisions.pl


