Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 63
— Przystojny chłopiec, aby miał czyste i zgrabne odzienie, to dosyć! Nie uwierzysz, Marcelku, jaką teraz wartość ma u mnie każda złotówka i jak mi trudno wydawać pieniądze. Cóżeś zrobił ze stu złotymi, com ci dała w przeszłym tygodniu, straciłeś?
— A strzeżże mnie, Boże! Czym kiedy stracił choćby grosz na próżno, mateczko? Dołożyłem jeszcze kilka oszczędzonych rubli i dawny mój łańcuszek, sprawiłem sobie oto ten mój nowy. Ach! ma chère mamon! Na parę wieczorów to jeszcze ujdzie, ale gdybym zawsze spomiędzy wszystkich miał być najgorzej ubrany, wolałbym wcale nie bywać.
— Oj, filutku, filutku! ostatek odbierasz matce. Nie potrafisz jeszcze sam zarobić; zawsze do matki.
— Strzeżże mnie, Panie! Zobaczy mama, że wkrótce już nie będę zupełnie jej trudził — odparł Marcelek rzucając przelotne spojrzenie na zwierciadło.
— Proszę! Na loterii może wygrasz? — zagadnęła mama z nieustającą łaskawością dobrego humoru. Wydobyła dla niego z toaletki dziesięć rubli i dała jeszcze brylantową szpilkę po ojcu, co to ją zgubił kiedyś, a teraz powiedział, że zamiast spinek nosić będzie w koszuli. Zaleciwszy mu jeszcze, żeby był grzeczny dla Marcysi, po jego odejściu kazała sobie ugotować kawy. Wróżąc jak najpomyślniej o przyszłości sprytnego jedynaka, wysączała z przyjemnością poobiednią filiżankę w pokoiku swoim na facjatce pod Opatrznością Bożą i dobry humor ciągle jej nie odstępował: nie wykrzyczała służącej i kanarkowi przez pół godziny grała na pozytywce.
Kiedy Marcelek zeszedł na dół, zastał tylko Jakubowę.
— Bonjour! — rzekła w odpowiedzi na przywitanie stara przykładając po wojskowemu rękę do czoła. — Przenajsłodsze imię Jezu! co też paniczyk dokazuje! — dodała ciszej i położyła
— A strzeżże mnie, Boże! Czym kiedy stracił choćby grosz na próżno, mateczko? Dołożyłem jeszcze kilka oszczędzonych rubli i dawny mój łańcuszek, sprawiłem sobie oto ten mój nowy. Ach! ma chère mamon! Na parę wieczorów to jeszcze ujdzie, ale gdybym zawsze spomiędzy wszystkich miał być najgorzej ubrany, wolałbym wcale nie bywać.
— Oj, filutku, filutku! ostatek odbierasz matce. Nie potrafisz jeszcze sam zarobić; zawsze do matki.
— Strzeżże mnie, Panie! Zobaczy mama, że wkrótce już nie będę zupełnie jej trudził — odparł Marcelek rzucając przelotne spojrzenie na zwierciadło.
— Proszę! Na loterii może wygrasz? — zagadnęła mama z nieustającą łaskawością dobrego humoru. Wydobyła dla niego z toaletki dziesięć rubli i dała jeszcze brylantową szpilkę po ojcu, co to ją zgubił kiedyś, a teraz powiedział, że zamiast spinek nosić będzie w koszuli. Zaleciwszy mu jeszcze, żeby był grzeczny dla Marcysi, po jego odejściu kazała sobie ugotować kawy. Wróżąc jak najpomyślniej o przyszłości sprytnego jedynaka, wysączała z przyjemnością poobiednią filiżankę w pokoiku swoim na facjatce pod Opatrznością Bożą i dobry humor ciągle jej nie odstępował: nie wykrzyczała służącej i kanarkowi przez pół godziny grała na pozytywce.
Kiedy Marcelek zeszedł na dół, zastał tylko Jakubowę.
— Bonjour! — rzekła w odpowiedzi na przywitanie stara przykładając po wojskowemu rękę do czoła. — Przenajsłodsze imię Jezu! co też paniczyk dokazuje! — dodała ciszej i położyła
www.heavyvisions.pl