Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 60
— Ach! i tego aż nadto, ma chère maman! — odparł synalek gładząc rękawem kastorowy kapelusz.
— Aj, ty wygodnisiu, wygodnisiu... zapominasz, że w tym samym domu mieszka matka. To i do mnie wstępujesz, jak do Szczepańskich, tylko z obowiązku?
— A strzeżże mnie, Boże, najukochańsza mamo! Jak może mama robić mi taką wymówkę! Ja bym dziesięć razy na dzień przybiegał tu codziennie! — zawołał całując ją po rękach.
— Bądź co bądź,
mon enfant, nie wypada, żebyś zaprzestał teraz dawać lekcji, byłoby to niegrzecznie i niestosownie zrywać z ludźmi, co dla nas byli zawsze życzliwi i usłużni. Jeszcze więc przez czas niejaki trzeba będzie pełnić nauczycielskie obowiązki, Mr
Gulmańcewicz! Za miesiąc, za parę miesięcy najdalej, i ja wyprowadzę się z tego partykularza... wtedy będzie łatwiej Marcelkowi wynaleźć słuszny jaki powód. Ale dzisiaj proszę iść na dół przyrzekając sobie, żeby być uważniejszym, przywitać się ze Szczepańskim, jakby nic między wami nie zaszło, a przy lekcji okazywać się grzecznym, jak zwykle, dla Szczepańskiej!
— Wszystko to dobrze,
ma chère maman, ale mnie ta grzeczność męczy fatalnie.
— Proszę — jaki wybrydniś! Czy to ci tak trudno znaleźć parę komplimentów dla przystojnej panienki? — zawołała Kontrolerowa z tonikiem żartobliwym tak wybornego humoru, że aż zadziwił Marcelka, który może po raz pierwszy usłyszał w ustach matki kilka weselszych słów w tym rodzaju.
Obawiając się dawniej, żeby oczy kowalczanki nie wywarły głębszego wrażenia na jedynaczka, cieszyła się niesłychanie, że nieodrodne jej dziecię aż nadto wcześnie poczuło w sobiś zacną krew Kalbfleischów, nie spoufaliło się w towarzystwie niższych ludzi i nie