Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 58
wypił parę szklanek, ubolewał nad chorobą pokornej gospodyni, która z taktem, płci swojej wrodzonym we wszystkich sferach — zręcznie, zwolna, wprowadziła go w gawędę. Rozwodził się o tym i owym, co mu szło z łatwością w swoim właściwym towarzystwie, uważnie go słuchającym, bo ojciec Jakub, dotrzymując słowa, znowu po dawnemu bardzo lakonicznie się odzywał. Nareszcie przyobiecawszy, że w tych dniach zajrzy tu najniezawodniej z Marcysią, wyszedł już przy świecy z ojcem Jakubem. Józiak odprowadził ich do Ordynackiego.
— Choroba, jakie to z kościami widzi się poczciwe kobiecisko, a takie siarczyście pokorne, jakby jej człowiek łaskę robił, że do niej parę słów powie, a widzi się, że kobiecisko wcale a wcale niegłupie... może nie, ojcze Jakubie?
— Ano, wiecie, że ona mi czasem waszą nieboszczkę, świeć Panie nad jej duszą, przypomina... że to ano takie łagodne, potulne, prawda?
— Aj, choroba, choroba... zdałoby się Marcychnie, żeby nieboszczka dłużej pożyła! Co matka to nie rodzic... Zawsze to pod jej okiem dziewczynina wyglądałaby inaczej.
— A bo jej co teraz brakuje, mój kumie poczciwy! — odparł zakonnik, któremu poprzedni wykrzyknik Szczepaniaka wydał się wybornym znakiem dla sprawy Józiaka, co ją znów postanowił całą duszą popierać.
Michałkę kaszel dusił przez całą noc, ale błogosławiąc niebo, że jej modłów wysłuchało, że tak jakby w odpowiedzi na smutek Józiaka i jej żałość los im zesłał nagle choć jeden promyczek jaśniejszy — w bezsenności doczekała dnia i zaklinała się Józiakowi, wychodzącemu na robotę, że spała nad ranem
— Choroba, jakie to z kościami widzi się poczciwe kobiecisko, a takie siarczyście pokorne, jakby jej człowiek łaskę robił, że do niej parę słów powie, a widzi się, że kobiecisko wcale a wcale niegłupie... może nie, ojcze Jakubie?
— Ano, wiecie, że ona mi czasem waszą nieboszczkę, świeć Panie nad jej duszą, przypomina... że to ano takie łagodne, potulne, prawda?
— Aj, choroba, choroba... zdałoby się Marcychnie, żeby nieboszczka dłużej pożyła! Co matka to nie rodzic... Zawsze to pod jej okiem dziewczynina wyglądałaby inaczej.
— A bo jej co teraz brakuje, mój kumie poczciwy! — odparł zakonnik, któremu poprzedni wykrzyknik Szczepaniaka wydał się wybornym znakiem dla sprawy Józiaka, co ją znów postanowił całą duszą popierać.
Michałkę kaszel dusił przez całą noc, ale błogosławiąc niebo, że jej modłów wysłuchało, że tak jakby w odpowiedzi na smutek Józiaka i jej żałość los im zesłał nagle choć jeden promyczek jaśniejszy — w bezsenności doczekała dnia i zaklinała się Józiakowi, wychodzącemu na robotę, że spała nad ranem
www.heavyvisions.pl


