Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 57
przez Aleksandrię i Tamką zaszedł na zaułek do mieszkania Michałki, gdzie już teraz sprzykrzyły mu się za zbyt otwarte perory zakonnika; krew uderzyła staremu do głowy, miał odciąć się, wybuchnąć i spylić, jak to potrafił nieźle, ale widocznie miarkował i biorąc rogatywkę do ręki, ruszył się szybko ku drzwiom. Daremnie go chciał powstrzymać Józiak; ojciec Jakub szedł za nim zwolna.
Michałka doleżyć nie mogąc podczas narady, podniosła się znów z pomocą Mateuszowej z łóżka i siedząc blisko drzwi, każde słówko rozmowy, jakby uzdrawiającą pigułkę połykała. Kiedy chciał wyjść, zaczęła go prosić pokornie, żeby im krzywdy nie robił i nie pogardził choć szklanką kawy z arakiem na taką wilgoć. Kobiecina mówiąc to bolejącym, właściwym jej teraz głosem, i do jego ramienia dotknąwszy ust z uszanowaniem, starego nie tylko ujęła, ale jakoś wzruszyła i zawstydziła. Mimo woli porównał w myśli to korne zaproszenie z obrazą, co go od Marcelka spotkała. Na rzut oka sądząc, że Michałka, choć wdowa po propinatorze, przedtem pod wielu względami niby na wyższym szczeblu stała od niego, przypomniał sobie, że bardzo kochał kiedyś Józiaka, przeznaczał go sobie w myśli dla Marcysi — i po raz pierwszy, odkąd wprowadziła się Gulmańcewiczowa do domku na Głęboką, jakoś żal mu się zrobiło tych dawnych, lepszych, spokojniejszych czasów — gdzie po prawdzie nie unosił się pychą ojcowską, że córka zostanie budowniczową i jaśnie panią dziedziczką, ale grosiwa chował często garstkę sporą i nikt mu bezkarnie nie śmiał uchybić ani też lekceważyć, jak dzisiaj pan Marcin.
Stary, lubiąc przy tym kawę z arakiem, rozsiadł się,
Michałka doleżyć nie mogąc podczas narady, podniosła się znów z pomocą Mateuszowej z łóżka i siedząc blisko drzwi, każde słówko rozmowy, jakby uzdrawiającą pigułkę połykała. Kiedy chciał wyjść, zaczęła go prosić pokornie, żeby im krzywdy nie robił i nie pogardził choć szklanką kawy z arakiem na taką wilgoć. Kobiecina mówiąc to bolejącym, właściwym jej teraz głosem, i do jego ramienia dotknąwszy ust z uszanowaniem, starego nie tylko ujęła, ale jakoś wzruszyła i zawstydziła. Mimo woli porównał w myśli to korne zaproszenie z obrazą, co go od Marcelka spotkała. Na rzut oka sądząc, że Michałka, choć wdowa po propinatorze, przedtem pod wielu względami niby na wyższym szczeblu stała od niego, przypomniał sobie, że bardzo kochał kiedyś Józiaka, przeznaczał go sobie w myśli dla Marcysi — i po raz pierwszy, odkąd wprowadziła się Gulmańcewiczowa do domku na Głęboką, jakoś żal mu się zrobiło tych dawnych, lepszych, spokojniejszych czasów — gdzie po prawdzie nie unosił się pychą ojcowską, że córka zostanie budowniczową i jaśnie panią dziedziczką, ale grosiwa chował często garstkę sporą i nikt mu bezkarnie nie śmiał uchybić ani też lekceważyć, jak dzisiaj pan Marcin.
Stary, lubiąc przy tym kawę z arakiem, rozsiadł się,
www.heavyvisions.pl