Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 56
ano też dziś kładę wam jakby łopatą, majsterku... Póki jeszcze czas, zastanówcie się! Przy świadku, przy Józiaku wam powtarzam: roztwórzcież gały i patrzcie po ludzku na rzeczy... Ano, a teraz wygadawszy, co na sercu, muruję gębę i ani mru-mru.
— Przestańcie, zmiłujcie się, ojcze Jakubie! Po pogodzeniu chcecie się swarzyć z kumem Szczepanem. Jakem był oto u majstra, tak mnie prosił, żebyśmy mogli zajść do niego, tak mu markotno i tęsknie było bez was.
— Ano... a mnie, myślicie, wesoło? Toćże my to jeszcze dziećmi razem bydło zganiali, paśli owce na górach. To mnie nie było markotno, że mi stary nie ufa?
— Ojcze Jakubie! tak się nie godzi!... dosyć już! — ośmielił się zawołać Józiak.
Nie mógł ciągle pojąć, z jakiego powodu ojciec Jakub tak za nic sobie nie ma i bez oględności burczy przy nim kuma Szczepana, starego, statecznego majstra i obywatela, jakby sobie z nim, chociaż był tylko czeladnikiem stolarskim, nigdy nie pozwolił. Dawniej przecie mówił i obchodził się z największym uszanowaniem. Ale ojciec Jakub wziął na kieł, jak to mówił Szczepaniak. Lubiąc Józiaka i rojąc sobie o nim rozmaite zamysły, tylko zwięźlej i możliwiej niż Michałka, ciężyło mu na sercu, że kowal lekceważył zanadto jego ulubieńca, kiedy przy końcu pracował u trumniarki na Głębokiej; że zaczął zadzierać nosa przed potulnym, uczciwym sierotą. Rad więc był sposobności, że może mu natrzeć uszu i upokorzyć nieco przy nim. Spotkawszy go na ulicy i wysłuchawszy użalenia sam namówił, żeby wysłać Józiaka do Pawła, a choć kowalowi się to z początku nie zdało właściwie, umiał sprytnie manewrować językiem. Choć staremu noga dokuczała, z Krakowskiego Przedmieścia