Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 55
gagatek! Niech lepiej Józiak opowie, jak się rzetelnie wszystko stało, jakeście się tu przed nami użalali. Żeście doskonale widzieli, iż na was patrzył, i że wam straszliwie markotno, iż ma was za nic.
— Oj, ojcze Jakubie, wolałbym nie... Nużby się pan Paweł rozgniewał na pana Gulmańcewicza, co być bardzo może; to potem tamten znów do mnie, a niech on sobie dla mnie żyje, jak chce. Jeśli zresztą kum Szczepan każe koniecznie, to pójdę... ale mi się widzi, żebyście to wy najlepiej wszystko zrobili... ojcze!
— Choroba... mnie samemu szczekać przed panią Kontrolerową albo przed panem Pawłem nie można, idź, Józiak, mój chłopaczku!
— Ano, to już sam się powlokę — wtrącił ojciec Jakub, któremu bynajmniej nie szło o to, żeby Józiaka wplątać w tę sprawę, ale wiedział, że chłopczyna uraduje się z nieporozumienia między Szczepaniakiem a Gulmańcewiczem, po którym więcej nieporozumień może nastąpić!
— Aby ino Marcychna nie dowiedziała się, boby się na śmierć zapłakało biedactwo.
— Ano... ani Józiak, ani ja pewno jej nie powiemy, bądźcie o to spokojni, majsterku!... ale żebyście to jej kiedy wy powiedzieli: „Ej, Marcychna, nie zaprzątaj sobie głowy na próżno tym świszczypałką z lakierowanymi faworytami, nie będzie z tej mąki chleba, nie! To się, Panie Boże Wszechmogący, psu na budę nie zdało wszystko, ino żal uczciwie zarobionego a zmarnowanego grosza" — ano, to byście mieli, poczciwy kumie, krakowski nasz, zdrowy rozum, co wam diabeł z czarownicą na nic pokotłowali teraz w łepetynie. Ano, nie bierz mi tego za złe, kochany kamracie, ale, Bóg widzi, święte moje słowa... Narzekaliście zawsze na mnie, że tak mówię, jakbym naumyślnie połykał,
— Oj, ojcze Jakubie, wolałbym nie... Nużby się pan Paweł rozgniewał na pana Gulmańcewicza, co być bardzo może; to potem tamten znów do mnie, a niech on sobie dla mnie żyje, jak chce. Jeśli zresztą kum Szczepan każe koniecznie, to pójdę... ale mi się widzi, żebyście to wy najlepiej wszystko zrobili... ojcze!
— Choroba... mnie samemu szczekać przed panią Kontrolerową albo przed panem Pawłem nie można, idź, Józiak, mój chłopaczku!
— Ano, to już sam się powlokę — wtrącił ojciec Jakub, któremu bynajmniej nie szło o to, żeby Józiaka wplątać w tę sprawę, ale wiedział, że chłopczyna uraduje się z nieporozumienia między Szczepaniakiem a Gulmańcewiczem, po którym więcej nieporozumień może nastąpić!
— Aby ino Marcychna nie dowiedziała się, boby się na śmierć zapłakało biedactwo.
— Ano... ani Józiak, ani ja pewno jej nie powiemy, bądźcie o to spokojni, majsterku!... ale żebyście to jej kiedy wy powiedzieli: „Ej, Marcychna, nie zaprzątaj sobie głowy na próżno tym świszczypałką z lakierowanymi faworytami, nie będzie z tej mąki chleba, nie! To się, Panie Boże Wszechmogący, psu na budę nie zdało wszystko, ino żal uczciwie zarobionego a zmarnowanego grosza" — ano, to byście mieli, poczciwy kumie, krakowski nasz, zdrowy rozum, co wam diabeł z czarownicą na nic pokotłowali teraz w łepetynie. Ano, nie bierz mi tego za złe, kochany kamracie, ale, Bóg widzi, święte moje słowa... Narzekaliście zawsze na mnie, że tak mówię, jakbym naumyślnie połykał,
www.heavyvisions.pl