Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 54
prowadził do karety, panowie ci także wsiedli, nuż ja ku niemu raz jeszcze, ale odwrócił się i jakby go kto gonił, pobiegł na Krakowskie... Z kulawym gicałem ani rusz za nim tak ścigle.
— Ano, wstydał się, wstydał, majsterku, witać na ulicy z kowalem zasmolonym i tak oto, jak nie przymierzając wy, w uczciwym, ale prostym odzieniu. Gdybyście to mu z daleka pokorniutko ukłonili się, a on wam tylko głową mógł odkiwnąć, to co innego... ano, że wy zaraz tak, jak powinniście z tak bliskim znajomym, z synem Kontrolerowej, której...
— Ma się wie, że ta poufałość moja niepotrzebna — przerwał mu nagle Szczepaniak. — Rozmawiał tam pewno z jakimiś wielkimi panami, nużby zoczyli, że ze mną wita się tak po ludzku... choroba tam odgadli-
by zaraz, czym oto uczciwy sobie człowiek; myśleliby, że to jaki łach podufały, któremu pan Marcin winien, i dlatego z nim tak śmiały, a to by zaszkodziło mu u takich panów... co, Józiak, prawda?
— Poczciwy Józiak, ano będzie wam potakiwał, to miękkie jak dziewczyna i żal mu was, ale ja wam powiem, że jeśli tacy panowie mają zdziebko chłopskiego rozumu, to skoroby wiedzieli, jak to tam wszystko idzie, zaszkodziłoby mu więcej, że się wam nie ukłonił, niż żeby was oto w pyszczysko z obu stron pocałował, rozumiecie?
— Słuchaj no, Józiak, masz do ludzi szczęście, my oto z ojcem Jakubem serdecznieśmy ci życzliwi, i pan budowniczy, pan Sarmiewicz, brat pana Marcina, bardzo cię lubi. Żebyś oto, chłopaczku, poszedł do niego, składno ci będzie tak oto poprosić pana budowniczego, żeby się zapytał pana Marcina ni stąd, ni zowąd, czy był przed Świętym Krzyżem i czy mnie widział.
— Ano, prosta rzecz... powie, że był, ale nie widział,
— Ano, wstydał się, wstydał, majsterku, witać na ulicy z kowalem zasmolonym i tak oto, jak nie przymierzając wy, w uczciwym, ale prostym odzieniu. Gdybyście to mu z daleka pokorniutko ukłonili się, a on wam tylko głową mógł odkiwnąć, to co innego... ano, że wy zaraz tak, jak powinniście z tak bliskim znajomym, z synem Kontrolerowej, której...
— Ma się wie, że ta poufałość moja niepotrzebna — przerwał mu nagle Szczepaniak. — Rozmawiał tam pewno z jakimiś wielkimi panami, nużby zoczyli, że ze mną wita się tak po ludzku... choroba tam odgadli-
by zaraz, czym oto uczciwy sobie człowiek; myśleliby, że to jaki łach podufały, któremu pan Marcin winien, i dlatego z nim tak śmiały, a to by zaszkodziło mu u takich panów... co, Józiak, prawda?
— Poczciwy Józiak, ano będzie wam potakiwał, to miękkie jak dziewczyna i żal mu was, ale ja wam powiem, że jeśli tacy panowie mają zdziebko chłopskiego rozumu, to skoroby wiedzieli, jak to tam wszystko idzie, zaszkodziłoby mu więcej, że się wam nie ukłonił, niż żeby was oto w pyszczysko z obu stron pocałował, rozumiecie?
— Słuchaj no, Józiak, masz do ludzi szczęście, my oto z ojcem Jakubem serdecznieśmy ci życzliwi, i pan budowniczy, pan Sarmiewicz, brat pana Marcina, bardzo cię lubi. Żebyś oto, chłopaczku, poszedł do niego, składno ci będzie tak oto poprosić pana budowniczego, żeby się zapytał pana Marcina ni stąd, ni zowąd, czy był przed Świętym Krzyżem i czy mnie widział.
— Ano, prosta rzecz... powie, że był, ale nie widział,
www.heavyvisions.pl