Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 53
zadowolenia, obchodził się z kowalem z rubaszną poufałością, której Józiak nie mógł sobie wytłumaczyć. Poważając nadzwyczaj kuma Szczepana, raziło takie obejście łagodnego chłopczynę.
— Wygadajcież się, sierżancie, kiedy wam z tym dobrze... Słuchajże, Józiak, miarkuję sobie: czy mnie nie zobaczył, czy się gniewa... ależ za kiego licha? Kilka dni temu był na lekcji u Marcychny, z panią Kontrolerową dziś jeszcze rozmawiałem jak najpiękniej. Toćże to my z panem Marcinem tak sobie dobrze, jakby nie przymierzając z krewniakiem... toćże, chwalący Boga, człeczysko tam, jak mogło, służyło jego matce, choć niby tam nie straci na tym, bo oto niedługo już raz na zawsze pani Kontrolerową będzie sobie panią, a pan Marcin dziedzicem Wilczego Dołku.
— Ano, dzbęknąłeś w Wilczy Dołek, widzę, że dzbęknąłeś, majsterku! I niech was strzeże święty Bałdomierz i święty Szczepan, żebyście nie dzbęknęli do szczętu.
— Co też wam się śni, ojcze Jakubie!
— Pamiętajcie, majsterku, że cokolwiek powiedziałem, nigdy jeszcze na złe nie wyszło. Wiecie, żem chrzestny Marcychny i że... ano nieboszczka wasza poleciła mi przed śmiercią, żebym do was zaglądnął czasem. Zaglądałem, gadałem, pókiście mnie sami nie odegnali.
— Dajcież no pokój, ojcaszku! Choroba, jak mi markotno! — zawołał Szczepaniak i łzy stanęły mu w oczach. — E, nie, do najsiarczystszych pioruneczków, to nie może być, to nie podobna! Musi nie widział mnie albo prześlepiłem się... na starość człek ślepnie jak kret — toćże to bywają ludzie kubek w kubek podobni... Jeszczem oto poczekał, dużo pań wychodziło z kościoła. Pan Marcin, choć śnieg padał, trzymał przed jakimiś dwiema kapelusz w ręku, od-