Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 52
kundmana. Wracam sobie już na Głęboką i koło Świętego Krzyża, gdzie siła karet i powozów stało, widzi się weselisko jakieś, bo wsiadały potem panie, śliczności wystrojone, a kilka biało. Wtem... spotykam wyraźnie pana Marcina, który z dwoma jakimiś panami rozmawiał na trytuarze. Jeden słuszny, tęgi taki, z dużymi wąsami, a drugi niższy, krępy i już stateczny sobie. Zdejmuję czapczysko, chcę powiedzieć: „Padam do nóżek, panie Marcinie!" Pan Marcin spojrzał na mnie i odwrócił się, jakby nigdy nic, i znów zaczął rozmawiać z panami. „Choroba... — myślę sobie — musi nie poznał mnie." Czekam, chcę zajść z drugiej strony, widzi mi się, jakby to pan Marcin zoczył, i poszedł z panami na schody.
— Ej, kumie poczciwy, toż tu więcej szkoda po prostu psuć gęby... ano, wstydził się oto przy tych panach, żeście się z nim tak poufale przywitali.
— Może znów i nie — wtrącił z wrodzoną dobrocią i szlachetnością Józiak, chociaż serdecznie nie cierpiał Gulmańcewicza. — Na fabryce, w lecie, bardzo się grzecznie kłaniał nam wszystkim.
— Ano, ba, na fabryce! Widząc, że się kłania tak pan Paweł i sam budowniczy, nie mógł inaczej. Nie bój się, niedaleko pada jabłko od jabłoni... szpakami to karmiony jegomość — już go tak mamunia wyuczyła.
— Oj, choroba... choroba... mój ojcaszku, co też nie wygadujecie! Adyć pani Kontrolerowa to taka poczciwa, sprawiedliwa i grzeczna pani, że do rany przyłożyć.
— Tere fere kuku, ano, rozumiesz, Szczepaniak? — zawołał ojciec Jakub. Nie mogąc ukryć serdecznego
— Ej, kumie poczciwy, toż tu więcej szkoda po prostu psuć gęby... ano, wstydził się oto przy tych panach, żeście się z nim tak poufale przywitali.
— Może znów i nie — wtrącił z wrodzoną dobrocią i szlachetnością Józiak, chociaż serdecznie nie cierpiał Gulmańcewicza. — Na fabryce, w lecie, bardzo się grzecznie kłaniał nam wszystkim.
— Ano, ba, na fabryce! Widząc, że się kłania tak pan Paweł i sam budowniczy, nie mógł inaczej. Nie bój się, niedaleko pada jabłko od jabłoni... szpakami to karmiony jegomość — już go tak mamunia wyuczyła.
— Oj, choroba... choroba... mój ojcaszku, co też nie wygadujecie! Adyć pani Kontrolerowa to taka poczciwa, sprawiedliwa i grzeczna pani, że do rany przyłożyć.
— Tere fere kuku, ano, rozumiesz, Szczepaniak? — zawołał ojciec Jakub. Nie mogąc ukryć serdecznego
www.heavyvisions.pl