Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 50
Ach! Matko Najświętsza! — zawołała kaszląc i podnosząc się nagłe na łóżku. — Jak mnie kochasz, nie mówmy o tym, nie mówmy, Józiaczku. Patrzaj!... podobno się wypogadza. Ach, ta Mateuszowa siedzi wieki z lekarstwem... przeczytaj litanię do Najświętszej Panny, moje dziecko! Zapal świecę... już się mroczy! — zawołała, niespokojnie patrząc na drzwi. Józiak zaczął czytać.
— Czy tu w piecu dziś nie napalone?... Zimno, straszliwe zimno! Ach! to z wilgoci. O Boże wielki!
— Zaraz, cioteczko, napalę — odparł Józiak, który dla gorąca bez surduta siedział w stancyjce.
Kiedy się krzątał koło pieca, drzwi zwolna uchylono i z zadziwieniem ujrzał ojca Jakuba i kuma Szczepana, którego dziś, zwłaszcza też o tej porze, nigdy się nie spodziewał. Kowal, strasznie jakoś zmarszczony i zafrasowany, do chorej Michałki zaledwie parę słów przebąknął i usiadł ciężko na kuferku, ojciec Jakub zaś, wbrew zwyczajowi, dosyć wesoło spoglądał.
— Ano, niech będzie pochwalony! Darujcie nam oto, pani Michałka, żeśmy tak was naszli niespodzianie... Kum Szczepan chciał was koniecznie odwiedzić, a potem, kiedy pozwolicie, zabierzemy Józiaka.
— Wybaczcie, ojcze Jakubie... dziś nie ruszę się już z domu na chwilę! — odparł Józiak dając mu do zrozumienia, że od chorej Michałki odejść nie może.
— Choroba... jak to człeku czasem jak po grudzie. Ot, inom się ucieszył, że z wami, ojcze Jakubie, spotkałem się, aż tu znowu diabeł jakiś musiał dogryźć człowiekowi... Bóg łaskaw, żem was znowu spotkał potem. Więc powiadacie, że Józiak wywie się, co?
— Ano, najdokumentniej... a tymczasem przeprośmy oto panią i chodźmy do drugiej izdebki. Przyszliśmy ze dworu, nawet butów nie otrząśli, a tu pani chora...