Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 5
— A, jestem nie wiedzieć kim, wolałbym sam oto żyć z żoną suchym kawałkiem chleba i wodą z pompy, niż żeby pani Kontrolerowa, wezwawszy mnie do rady, miała się skarżyć na mnie potem. Uręczam honorową uczciwością, że jej i nieboszczykowi Kontrolerowi bardzo, bardzo wiele jestem winien. Ot, i to nawet, że człowiek radzi sobie, jak może, że, nie chwalący się, żyje z pracy uczciwej, to z ich łaski, to ich przykład. Jak własnym dziecięciem opiekowali się mną, poczciwi! — zawołał Jabłuszko krzywiąc się i wycierając spocone okulary. — Jeszcze jedną buteleczkę, zacny kumie Szczepanie! Przy kufelku jakoś się ludziska lepiej poznają i umieją się cenić nawzajem. Wypijemy oto zdrowie najuczciwszej, najszanowniejszej pani Kontrolerowej Gulmańcewicz.
— E, sakr, nie wzdragaj się, wiarus, na frasunek dobry trunek. Poradzim na wszystko, nie bój się, poradzim! — zawołał Porucznik i trącił nogą pod stołem Jabłuszkę wskazując mu twarz kowala, przybierającą barwę coraz bardziej burakową.
— A siła by też potrzeba było pieniędzy pani Kontrolerowej? — zapytał kowal.
— Panie majstrze szanowny! — odezwał się nagle Jabłuszko ujmując go za guzik od kapoty — miarkuję, że pan pod pewnym względem zrobiłeś sobie niemały uszczerbek przyszedłszy nam wtedy w pomoc, wiem nadto, że obecne pytanie nie na wiatr rzuciłeś, ale gotów byś może poratować nas znowu. Nie zwróciliśmy panu tamtego, żądać tego ani wypada.
— Choroba... tam, wypada, nie wypada — mruknął kowal, który już chustkę ze szyi z gorąca odwiązał.
— Ani potrzeba, panie Szczepaniak dobrodzieju!
Ani potrzeba. Pomówmy oto szczerze, pozwolisz pan?
— Bodaj to jegomości najsiarczystsze pioruneczki nie zatrzasły! A po kiego licha nie mam pozwolić?
— Wal zdrów, ani pytaj! — bąknął Porucznik.
— Pan Marceli Gulmańcewicz bywa oto w domu majstra i daje lekcje córeczce.
— Prześliczności dziewczyna, sakr-panie, na pułkownikową patrzy, co najmniej na Pułkownikową — wtrącił Porucznik.
— E, sakr, nie wzdragaj się, wiarus, na frasunek dobry trunek. Poradzim na wszystko, nie bój się, poradzim! — zawołał Porucznik i trącił nogą pod stołem Jabłuszkę wskazując mu twarz kowala, przybierającą barwę coraz bardziej burakową.
— A siła by też potrzeba było pieniędzy pani Kontrolerowej? — zapytał kowal.
— Panie majstrze szanowny! — odezwał się nagle Jabłuszko ujmując go za guzik od kapoty — miarkuję, że pan pod pewnym względem zrobiłeś sobie niemały uszczerbek przyszedłszy nam wtedy w pomoc, wiem nadto, że obecne pytanie nie na wiatr rzuciłeś, ale gotów byś może poratować nas znowu. Nie zwróciliśmy panu tamtego, żądać tego ani wypada.
— Choroba... tam, wypada, nie wypada — mruknął kowal, który już chustkę ze szyi z gorąca odwiązał.
— Ani potrzeba, panie Szczepaniak dobrodzieju!
Ani potrzeba. Pomówmy oto szczerze, pozwolisz pan?
— Bodaj to jegomości najsiarczystsze pioruneczki nie zatrzasły! A po kiego licha nie mam pozwolić?
— Wal zdrów, ani pytaj! — bąknął Porucznik.
— Pan Marceli Gulmańcewicz bywa oto w domu majstra i daje lekcje córeczce.
— Prześliczności dziewczyna, sakr-panie, na pułkownikową patrzy, co najmniej na Pułkownikową — wtrącił Porucznik.
www.heavyvisions.pl


