Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 47
wał się o ojca i matkę, miała już na ustach prawdę — ale przysięga nie dozwalała jej nowym bolem ulżyć dawnemu... Obie te istoty, same jedne na świecie, złączone krwią, trafem i cierpieniem, przywiązały się do siebie głęboko i prawdziwie. Józiak pierwszy raz w życiu widział oczy, co się na jego widok napełniały radością lub łzami, i słyszał głos, którego wyraz każdy zdaje się, że z jego własnej duszy wywołany. Ona cierpiała tak oczywiście, a nigdy skargi i utyskiwania nie słyszał — zawsze witała go i żegnała błogosławieństwem.
Michałka, odwiedzając parę razy w lecie Szczepaniaków, twarzą, gdzie jeszcze pozostały kształtne rysy, szkliste, ale wielkie oczy, wyrazem głębokiego cierpienia, do którego kobiety zawsze litosny pociąg uczuwają, ubiorem ubogim, ale schludnym i zawsze wybornie leżącym, wywarła bardzo sympatyczne wrażenie na Marcysi. Nie udana, ale rzetelna i bojaźliwa pokora w jej obejściu i słowach przystawały lepiej i bliżej do kowalczanki niż ceremonialna powaga matki Marcelka, którą czciła, szanowała, wielbiła, ale z którą towarzystwo nigdy jej nie ośmielało, owszem, starając się ciągle przypodobać łaskawej pani, każde nieledwie słówko z obawą i zastanowieniem wymawiała. Poczciwa Fidrykowa, trumniarka, miała za mało okrzesania, bez którego już nie mogła obejść się Marcysia, gadała za dużo i od czasu wydalenia się Józiaka często kładła między trumny flaszeczkę z bawarem lub alembikiem, którą zwykle raczyli się z Maciusiem, a czasem i kum Szczepan przyjął udział w biesiadzie.
Kobiecie w pewnym wieku i z pewnym doświadczeniem bardzo łatwo korzystać z przychylnego wrażenia, ująć sobie młodą panienkę i spodobać się nawet takiej, co ma rodziców, a cóż dopiero takiej, co nie mając matki potrzebuje rady i pomocy kobiecej, ma-
Michałka, odwiedzając parę razy w lecie Szczepaniaków, twarzą, gdzie jeszcze pozostały kształtne rysy, szkliste, ale wielkie oczy, wyrazem głębokiego cierpienia, do którego kobiety zawsze litosny pociąg uczuwają, ubiorem ubogim, ale schludnym i zawsze wybornie leżącym, wywarła bardzo sympatyczne wrażenie na Marcysi. Nie udana, ale rzetelna i bojaźliwa pokora w jej obejściu i słowach przystawały lepiej i bliżej do kowalczanki niż ceremonialna powaga matki Marcelka, którą czciła, szanowała, wielbiła, ale z którą towarzystwo nigdy jej nie ośmielało, owszem, starając się ciągle przypodobać łaskawej pani, każde nieledwie słówko z obawą i zastanowieniem wymawiała. Poczciwa Fidrykowa, trumniarka, miała za mało okrzesania, bez którego już nie mogła obejść się Marcysia, gadała za dużo i od czasu wydalenia się Józiaka często kładła między trumny flaszeczkę z bawarem lub alembikiem, którą zwykle raczyli się z Maciusiem, a czasem i kum Szczepan przyjął udział w biesiadzie.
Kobiecie w pewnym wieku i z pewnym doświadczeniem bardzo łatwo korzystać z przychylnego wrażenia, ująć sobie młodą panienkę i spodobać się nawet takiej, co ma rodziców, a cóż dopiero takiej, co nie mając matki potrzebuje rady i pomocy kobiecej, ma-
www.heavyvisions.pl