Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 46
ca — może za późno dla społeczeństwa, ale nigdy za późno dla niej samej. Przeczucie to wstrzymało Michałkę, że nie chciała kończyć tragicznej farsy życia swojego w jakiś sposób właściwy podobnym jej, dzikszym lub też przebieglejszym istotom.
Zjawia się Józiak, o którym każda myśl kamieniem jej ciążyła na sercu, przypominając zrazu rzadziej, potem coraz częściej ostatnią przestrogę anioła i pierwszy poszept diabła w jej życiu, o czym żadna kobieta nigdy nie zapomni. W chorej, znękanej, skruszonej przywołuje to całą kobiecość, całą tę rzewną tkliwość, wrodzoną naszej niewieście w pałacu i w chacie ubogiej. Jakim by kolwiek był, ukochałaby go zawsze po macierzyńsku, wszystkie jego wady zaniedbaniu swojemu przypisując, usiłowałaby, jak mogła, wynagrodzić krzywdę za wszystkie lata sieroctwa, których wstyd ją tylko piętnował.
A tu chłopczyna cichy, łagodny — zdaje się i lękliwy — tak potrzebował kogoś, co by mógł doradzić, pokierować, pocieszyć i nawet ująć się za nim! Im więcej wydawał się jej słabym i potrzebującym opieki, tym energiczniejsze było jej przywiązanie, gotowe na wszystko jak lwica lub wilczyca w obronie swoich małych. Czując, że słabnie coraz bardziej, że piersiowe jej cierpienie jest niewyleczone, z chorowitym jednak uporem uchwyciła się myśli, aby jeszcze z parę lat pożyć i doczekać się ustalenia w jego losie. Piekielne walki i męczarnie odegrywały się w duszy biedaczki, która po raz pierwszy poczuła, że ma duszę, i której sercem miotał żal nie chwilowy, nie wmówiony w siebie ani pokora, nieraz pocieszna, wytrawnej pokutnicy... Ileż to razy, kiedy każde spojrzenie Józiaka gorzkim dla niej było wyrzutem, chciała się mu cisnąć do nóg i wyznać wszystko, obwinić się przed nim jeszcze bardziej... ile razy, kiedy Józiak zapyty-
Zjawia się Józiak, o którym każda myśl kamieniem jej ciążyła na sercu, przypominając zrazu rzadziej, potem coraz częściej ostatnią przestrogę anioła i pierwszy poszept diabła w jej życiu, o czym żadna kobieta nigdy nie zapomni. W chorej, znękanej, skruszonej przywołuje to całą kobiecość, całą tę rzewną tkliwość, wrodzoną naszej niewieście w pałacu i w chacie ubogiej. Jakim by kolwiek był, ukochałaby go zawsze po macierzyńsku, wszystkie jego wady zaniedbaniu swojemu przypisując, usiłowałaby, jak mogła, wynagrodzić krzywdę za wszystkie lata sieroctwa, których wstyd ją tylko piętnował.
A tu chłopczyna cichy, łagodny — zdaje się i lękliwy — tak potrzebował kogoś, co by mógł doradzić, pokierować, pocieszyć i nawet ująć się za nim! Im więcej wydawał się jej słabym i potrzebującym opieki, tym energiczniejsze było jej przywiązanie, gotowe na wszystko jak lwica lub wilczyca w obronie swoich małych. Czując, że słabnie coraz bardziej, że piersiowe jej cierpienie jest niewyleczone, z chorowitym jednak uporem uchwyciła się myśli, aby jeszcze z parę lat pożyć i doczekać się ustalenia w jego losie. Piekielne walki i męczarnie odegrywały się w duszy biedaczki, która po raz pierwszy poczuła, że ma duszę, i której sercem miotał żal nie chwilowy, nie wmówiony w siebie ani pokora, nieraz pocieszna, wytrawnej pokutnicy... Ileż to razy, kiedy każde spojrzenie Józiaka gorzkim dla niej było wyrzutem, chciała się mu cisnąć do nóg i wyznać wszystko, obwinić się przed nim jeszcze bardziej... ile razy, kiedy Józiak zapyty-
www.heavyvisions.pl