Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 43
rał, nie zatarło bolesnych, lecz poniekąd i miłych wspomnień z dzisiejszych odwiedzin.
Panna Marcjanna przyjęła go serdecznie jak siostra, patrzyła, zdaje się, bardzo życzliwie, wprawdzie nieco może za śmiało i zanadto pewnie, jakby jakoś z pańska, ale przy powitaniu i pożegnaniu uścisnęła mu rękę pulchnymi paluszkami, łając, że tak rzadko do nich zagląda i zawsze tylko chwilkę pobawi, jakby przyszedł po ogień. Rozmawiał dzisiaj z nią tak łatwo jak nigdy. Wypytywała się o ciotkę, o pana Pawła, o ojca Jakuba, który nie wiadomo czemu nie odwiedził ich od dawna; wesoło i żywo szczebiotała z nim to o Fidrykowej, to o Maciusiu, nawet o pani Gulmańcewicz i o jej synu, którego już nazywała panem Marcelim, a rozmawiali długo, bo kum Szczepan w pierwszej izbie naradzał się przy zamkniętych drzwiach z dwoma jakimiś Żydami przynajmniej przez dobrą godzinę. Stary posiwiał znacznie przez te kilka miesięcy, wyglądał nieco markotny i zakłopotany, ale przywitał Józiaka prawie tak szczerze jak to niegdyś, zanim Gulmańcewicze wprowadzili się na facjatkę.
— Choroba — rzekł na odchodnym — że ten ojciec Jakub uparty jak kozioł. Człek czasem ani wie, jak mu się tam wypsnie jakie słówko. Kiedyś, mospanie, odpalnąłem mu tać coś, brońże mnie Panie, nic złego... no i odtąd ani noga jego nie postała u nas. Zachodziłem do klasztoru sam kilka razy, posyłałem Jakubowę, spotkałem go parę razy na ulicy, obiecał, że przyjdzie — no i kiej wziął na kieł — ani rusz!