Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 41
i trapić! Gdyby ciocia wiedziała, jak mi tym dokucza! — rzekł ze smutnym współczuciem i łzy mimo woli zabłysnęły mu w oku.
— To z osłabienia tylko, nie bój się, dziecko — nie martwię się niczym — odparła Michałka, w której szklistym spojrzeniu błyskało uwielbienie żałosne dla chłopczyny.
Siadł przy niej, wziął za suchą, rozpaloną rękę, ale kiedy chciał do ust podnieść, cofnęła trwożliwie i spojrzawszy na miękkie, gęste jego włosy, ocieniające młodzieńcze czoło, a tak białe i gładkie, jakby stworzone do macierzyńskiego pocałunku, zwolna odsunęła się i z głębokim westchnieniem opuściła głowę na piersi.
— Czy się ciocia gniewa na mnie? — zapytał z wdziękiem prawie dziecinnym, którego dotychczas nie znając w sierocym życiu, nabrał dopiero od tych kilku miesięcy i postąpił szybko w subtelnych jego odcieniach. Serdeczne przymilenie, co mimo woli przejmujemy od kochanej istoty, i do tego widywanej codziennie, tak przystawało do wrażliwego, tkliwego serca chłopczyny, że teraz, chcąc ją pocieszyć, usiłował nawet udawać swobodę i wesołość, chociaż drżał patrząc na zapadłe policzki, na oczy coraz głębiej w jamach czerniące i słuchając ochrzypłego głosu, co chwila przerywanego kaszlem.
— Chyba ty, Józiaczku, powinien byś gniewać się na mnie... skądże ja? widzisz, moja dziecino, piersi mnie bolą, kaszlę, pocę się, a w takiej chorobie to niedobrze zdrowemu, i jeszcze tak delikatnemu jak ty... siadać nawet blisko, sam oddech może zaszkodzić.
— Co też ciocia powiada!
— Zresztą sama tego nie lubię... najwygodniej mi, kiedy sobie spokojniutko leżę lub siedzę, jak cię ko-