Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 4
— Bynajmniej, szanowny panie Szczepaniak dobrodzieju, ani ździebełeczka krucho, co się tyczy samego interesu. To złoty interes, pewny jak amen w pacierzu, murowany i najkamienniejszy, jak oto szklanka ta stoi przede mną, ale, mówiąc prawdę, notabeneczko pod najświętszym słowem honorowym, że to spomiędzy nas nie wyjdzie, pani Kontrolerowa nie ma po prostu dostatecznych funduszów na poparcie, na poforsowanie, jak to się mówi po naszemu.
— Jak to... sakr-panie, nie ma nic i może za nią sam wykładasz? A, winszuję, ale nie zazdroszczę, niech mnie dunder świśnie, nie zazdroszczę, Baltazarku!
— Jestem nie wiedzieć kim, jeśli choć grosik z własnych pieniędzy wyłożyłem, wyperswaduj więc sobie, Poruczniku, i proszę cię jak najsolenniej, rozumiesz, jak najsolenniej, nie powtarzaj przed nikim.
— Adyć, mospanie, miała przecie niedawno pani Kontrolerowa trzy tysiące złotych.
— Najakuratniejszy, najdokładniejszy rachunek, który sama pani Kontrolerowa prowadziła, przekonał nas, że mamy zaledwie tyle w kasie, ile potrzeba na opędzenie dziesiątej części najnaglejszych, najkonieczniejszych a nieuniknionych kosztów sądowych: stempli, opłat, wpisów itp., jak to państwo wiecie, jeśli kiedy prowadziliście choćby najmniejszy, choćby tylko działowy procesik.
— Ba! sakr, sakr!
— Ja tam, chwalący Boga, jako żyw, jeszcze nie miałem żadnego.
— Podziękuj za to Panu Bogu, najszanowniejszy panie majstrze, bo to twardy orzeszek do zgryzienia proces każdy cokolwiek znaczniejszy, a cóż dopiero taki!
— Ba! chcąc wojować trzeba mieć wojsko, a choć słuszność i zwycięstwo niezawodne, kiedy wojska ani w ząb, geld ani źdźbła, to stul uszy, każ sobie łeb ogolić i marsz do pociągu!
— I cóż to będzie, proszę łaski pańskiej? Toćże pani Kontrolerowa nie może stracić, przez Bóg żywy!
— Jak to... sakr-panie, nie ma nic i może za nią sam wykładasz? A, winszuję, ale nie zazdroszczę, niech mnie dunder świśnie, nie zazdroszczę, Baltazarku!
— Jestem nie wiedzieć kim, jeśli choć grosik z własnych pieniędzy wyłożyłem, wyperswaduj więc sobie, Poruczniku, i proszę cię jak najsolenniej, rozumiesz, jak najsolenniej, nie powtarzaj przed nikim.
— Adyć, mospanie, miała przecie niedawno pani Kontrolerowa trzy tysiące złotych.
— Najakuratniejszy, najdokładniejszy rachunek, który sama pani Kontrolerowa prowadziła, przekonał nas, że mamy zaledwie tyle w kasie, ile potrzeba na opędzenie dziesiątej części najnaglejszych, najkonieczniejszych a nieuniknionych kosztów sądowych: stempli, opłat, wpisów itp., jak to państwo wiecie, jeśli kiedy prowadziliście choćby najmniejszy, choćby tylko działowy procesik.
— Ba! sakr, sakr!
— Ja tam, chwalący Boga, jako żyw, jeszcze nie miałem żadnego.
— Podziękuj za to Panu Bogu, najszanowniejszy panie majstrze, bo to twardy orzeszek do zgryzienia proces każdy cokolwiek znaczniejszy, a cóż dopiero taki!
— Ba! chcąc wojować trzeba mieć wojsko, a choć słuszność i zwycięstwo niezawodne, kiedy wojska ani w ząb, geld ani źdźbła, to stul uszy, każ sobie łeb ogolić i marsz do pociągu!
— I cóż to będzie, proszę łaski pańskiej? Toćże pani Kontrolerowa nie może stracić, przez Bóg żywy!
www.heavyvisions.pl