Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 38
jest trudniejszym zadaniem. Często chce się płakać, a tu trzeba przywdziać strój balowy i uśmiech balowy; chciałoby się samotnie porozmawiać z myślami własnymi, a trzeba mieć na zawołanie rozmowę do myśli cudzych; pragnie się posłyszyć jedno proste wyrażenie z głębi serca, a tu słyszymy jak brzęk komarów zdawkowe grzeczności światowej gawędki lub też zgrabne złośliwości, w których dowcip tak błyska jak nocą próchno w boru. Ten wir wkoło nas, ta może udana ochota, to sztuczne życie — zawsze jest jednak życiem, do którego, jako wice-gospodyni, przyczyniam się dziś jak najchętniej — rzekła żywo kobieta. Uśmiech tylko na ustach zaigrał przelotnie, a oczy zadumane spotkały się ze spojrzeniem męża, który podkręcając wąsa słuchał, co mu jakaś przystojna brunetka dowodziła słowami i lornetką, na wszystkie strony zwracaną. Twarz jego spokojna, obojętna, jakby apatyczna, ani drgnęła jakim bądź wyrazem przy szczebiotaniu rozmownej damy.
— Służę pani do kontredansa — rzekł wstając Paweł z potulnym uśmiechem.
— Zamówiona jestem, tańcz pan z moją siostrą, ale jeśli od pobytu w Gierzejach nie tańczyłeś pan, to choć oceniam poświęcenie, radziłabym po bratersku przyjrzeć się naprzód, jak teraz tańczą kontredansa — odparła kobieta poufale i według hiszpańskiego porównania, archanielskie jej oczy uśmiechnęły się do Pawła tak cudnie, jakby się roześmiał blask słońca do milczącej kaplicy w cieniu świerków i modrzewiów.
Rosły, powolny koń, magnetyzowany pejczem delikatnym i pieszczotliwym głosikiem wysmukłej amazonki, co by ją mógł zrzucić od razu, swobodnie pokłusować po polu lub też drzemać u żłobu — zbiera nogi, jak może, i podług jej woli przyśpiesza lub zwalnia biegu.
— Służę pani do kontredansa — rzekł wstając Paweł z potulnym uśmiechem.
— Zamówiona jestem, tańcz pan z moją siostrą, ale jeśli od pobytu w Gierzejach nie tańczyłeś pan, to choć oceniam poświęcenie, radziłabym po bratersku przyjrzeć się naprzód, jak teraz tańczą kontredansa — odparła kobieta poufale i według hiszpańskiego porównania, archanielskie jej oczy uśmiechnęły się do Pawła tak cudnie, jakby się roześmiał blask słońca do milczącej kaplicy w cieniu świerków i modrzewiów.
Rosły, powolny koń, magnetyzowany pejczem delikatnym i pieszczotliwym głosikiem wysmukłej amazonki, co by ją mógł zrzucić od razu, swobodnie pokłusować po polu lub też drzemać u żłobu — zbiera nogi, jak może, i podług jej woli przyśpiesza lub zwalnia biegu.
www.heavyvisions.pl