Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 34
Panie Sarmiewicz, wiem, że to śmiałość z mojej strony proponując panu, czybyś nie zechciał zająć się edukacją szwagierka mojego. W pańskim obecnym zawodzie wiem, że by to było uciążliwie wymagać, abyś się pan zanadto poświęcił tej mozolnej pracy, brak czasu na to. Nie zrobimy i nie chcemy zrobić z niego uczonego, ale okrzeszemy go przynajmniej z najtwardszej kory... Zgroza, do jakiego stopnia zaniedbali chłopca!
— To i mnie tak zastanowiło, że nawet nie śmiałem wspomnieć o tym żonie pańskiej — wtrącił Paweł — ale co do lekcji...
— Na drugim piętrze w naszym domu są bardzo zgrabne trzy pokoiki z widokiem na ogród, dachy i wieże — rzekł żywo przerywając mu Beleński. — Dasz mu pan na dzień chociaż jedną lekcję polskiego języka, drugiego dnia choćby tylko rachunków, a przez samo obcowanie z panem, które mu nie może być niemiłym, bo się kiedyś bardzo do pana przywiązał, nabierze jakiejś ochoty do nauki i pomieścimy go potem u kogo, co się nim już zajmie wyłącznie... Panie Sarmiewicz! Nie wyobrazisz pan sobie, jaką byś nam tu wszystkim przykrość wyrządził nie przystając na propozycję, której dalsze warunki pańskiemu uznaniu pozostawiam... a przyjmując wyświadczysz prawdziwe dobrodziejstwo.
— Pochlebiasz mi pan... dobrodziejstwo wynagrodzone.
— Przecieżby pan nie chciał nas tak krzywdzić, żebyś nam drogi czas bez żadnej korzyści dla siebie poświęcał, tym bardziej, że, dzięki Bogu, aż nadto jesteśmy w stanie wynagrodzić to prawdziwe poświęcenie. Panie Sarmiewicz! — dodał wstając i szczerze wyciągając doń rękę — przyjmij pan! Kobiety tak panu życzliwe, jakbyś pan do familii naszej należał...