Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 30
w ręku, a za nim służący niósł na tacy parę butelek i kilka kieliszków.
— Ja uaranżuję to dyplomatycznie — odparł z cicha do odchodzących były paryżanin.
— Monsieur Sarmiewicz! — rzekł po francusku, kładąc mu rękę na ramieniu dość protekcjonalnie — tak nie uchodzi w naszym domu... Ani pan tańczysz, ani wina nie kosztujesz, ani z kobietami nie rozmawiasz, a niektóre wcale niebrzydkie i wierzaj mi, panie, odpowiedzą nienajgorzej, kiedy się je niezgorzej zagadnie.
— Nie wątpię — odparł Paweł zwalniając dosyć zgrabnie ramię od protekcyjnego przycisku.
— Nie sądzę, żebyś za młodu chciał zostać pustelnikiem, bo oczy pańskie mówią inaczej. Wprawdzie oddanych naukom, uczonych zazwyczaj nudzą zabawy.
— Do uczoności, łaskawy panie, nie mam ani prawa, ani pretensji.
Allons, nie wspominajmy o tym, nikomu o samym sobie nie wolno sądzić! W każdym razie, widocznie się u nas nudzisz, a u tak szczerych przyjaciół, za jakich miło by nam było, gdybyś nas uważał, godzi się przyjąć szczerszy udział w zabawie, chociaż co do mnie, to wiem, że najlepiej niech każdy robi to, co się mu podoba, ale przykro kobietom, żonie mojej, która jest panu bardzo życzliwa. Kieliszek wina ze mną, panie Sarmiewicz!
— Dziękuję panu, jużem pił, więcej nie mogę — odrzekł Paweł, któremu na wspomnienie o życzliwości jego żony krew biła do twarzy.
— Kiedy nie wiesz, panie, co odmawiasz... Winko, co ci proponuję, nie może nikomu zaszkodzić. Zostało