Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 3
— Kiej to czasu szkoda, a mnie pilno do kuźni — mruknął Szczepaniak.
— Poszedłem w te pędy do pani Kontrolerowej, jak mi tylko Porucznik zakomunikował to, coś mu pan raczył o Żydzie nawiedzającym panią Kontrolerowę nadmienić, spotkałem ją właśnie po drodze, za co jestem najserdeczniej obowiązany. Prawda najświętsza z najświętszych, że jej proponował zamianę — ale mogę to panu z najrzetelniejszym ukontentowaniem wyznać, że oczywiście nie przystała na warunki, jak nawet inaczej przypuszczać nie można było. Jednak jestem nie wiedzieć kim, czy pani Kontrolerowa nie powinna była dać mi znać natychmiast po najpierwszej bytności Chałka.
— A co, sakr-panie, zgadłem?
— Tak jest, bez żadnego zaprzeczenia, Chałka. Na moje honorową uczciwość, nic trudniejszego, jak prowadzić interesa kobiecie, żeby ona tam nawet rozumy świata całego zjadła.
— A widzisz, kumie kamracie, mówiłem to samo wczoraj.
— Wprawdzie, gdyby zamierzała wejść w jakie układy z Chałkiem, nie omieszkałaby mnie zawiadomić natychmiast, ale zawsze przyznam państwu najprawdziwszą prawdę, że mnie to obeszło i ośmieliłem się wynurzyć pani Kontrolerowej, że istotnie najlepiej by było, gdybyśmy mogli znaleźć kogo, co by mu naprawdę można zbyć nasz interes i umyć raz na zawsze ręce od wszystkiego... Bo to tyle przy tym bieganiny, zmartwienia i awantur, że aż głowa oto najoczywiściej pęka czasami.
— Choroba... to krucho z pretencją pani Kontrolerowej? A takieś jegomość złote góry jej obiecywał! — zawołał ostro Szczepaniak, któremu parę szklanek miodu energiczniej rozwiązało usta.