Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 26
— Cieszę się — ten — że zgadzasz się ze mną, ale coś mizernie wyglądasz, panie Pawle... Rozumiem — praca, mozolna praca, pojmuję aż nadto dobrze. W tym wieku pracowałem i ja nie na żarty, dziś przy tylu zajęciach gospodarskich i rozmaitych innych, a stąd koniecznych — ten — przykrościach, nie chce się nawet wziąć książki do ręki — uwierzysz?
— Uwierzę.
— Takich nam właśnie ludzi potrzeba, co to w hulance niegodziwej nie marnują sił za młodu. Wiek dojrzały szybko nadchodzi, potem już starość za pasem — i żałujże po niewczasie ze starganym zdrowiem, a co najgorsza czasem — ten — z osłabionym umysłem, że żyjąc, prawie przestałeś żyć, uważasz, żyć przestałeś.
— Nie tylko hulanka może zdrowie zniweczyć — odparł Paweł, który nieco uważniej przyglądając się podczas tych kilku słów Celestynowi, ni stąd, ni zowąd przypomniał sobie zwaliska zameczku w Gierzejach i jakoś mimo woli porównał z myślami mówiącego ich zgrzybiały a nieimponujący wyraz.
— Tak jest, tak jest bez zaprzeczenia, kochany panie Sarmiewicz — nieco żywiej wtrącił Celestyn. — Praca, trudy, kampanie i choroby nieprzewidziane mogą — o, mogą nadwerężyć — ale to nigdy to, co — ten — tamto — oczywiście, panie Pawle! Ale, ale... przypominasz też sobie, jak cię to kiedyś nazywałem pedagogiem? — zapytał nagle, jakby sobie coś bardzo ważnego przypominał.
— Przypominam sobie dawniej — odparł Paweł, który szczęściem to tylko jedno zapytanie dobrze usłyszał,