Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 25
jakimś, przytłumionym i narzekającym tonie mowy, którą co chwila przerywał i jakby zastanawiał się. Pani Radczyni zaś przybyło tylko kilka zmarszczek, ale ani jedna iskierka nie zagasła w bystrych, czarnych oczach.
— Może się utworzy partyjka, będziesz grał ten... w preferansa, panie Pawle? — zapytał po kilku lakonicznych odpowiedziach na lakoniczne zapytania.
— Nie umiem.
— W wista?
— Nie potrafię.
— Aha! nie grasz w karty zupełnie. Może się wina napijemy?
— Dziękuję.
— Chodźmy do tamtej salki, siądziemy, ten — przed kominkiem!
— Chodźmy! — odparł Paweł, machinalnie idąc, lecz usiadł nie machinalnie, bo na tańczących mógł wybornie patrzyć zza portiery.
— Coraz gorzej, powiadam ci, szanowny panie Pawle, coraz gorzej! Ta wasza młodzież teraźniejsza w obejściu, w sposobie życia, w dążności... ten... niedobrze! Nie wszyscy, oczywiście, ale po największej części, rozumiesz... I mówiąc tak między nami, kobietom, a nawet starszym kobietom nieraz troi się po głowach. Powinno by jednak być inaczej, gdyby nie ten... jak ci wspomniałem, może by było inaczej i wierzaj mi, nie przez żadne uprzedzenie, daję ci słowo honoru, że dawniej bywało inaczej, inaczej bywało — ciągnął Celestyn rozpoczętą przedtem gawędkę, prostując przed kominkiem stemporowate nogi tak troskliwie, jakby mu przedtem zziębły.
— Zapewne! — odparł Paweł, któremu oczy zapłonęły nagle ogniściej. (Pani Aniela wybrała już Marcelka po trzeci raz do figury.)