Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 24
ży, którą widział na dwóch balach w resursie, Marcelek wcale był znośnym sprzętem. Tańczył też ciągle i wybierano go nawet do figur dosyć łaskawie.
W Pawle na pierwszy rzut oka odgadły zaraz kobiety przybysza z innej sfery, niemodnej. Niezwyczajna i zadumana twarz jego mimo zaniedbanego ubioru wywarłaby może większe wrażenie od wielu gładkich i dobrze wypranych fizjonomijek, gdyby w nim widać było bardziej bywalca światowego, a przynajmniej więcej śmiałości i pewności. Bądź co bądź, wyglądał na tak zwaną w towarzystwie figurę zakazaną, o którą to zwykle goście z tajonym uśmiechem zapytują się: „Kto, skąd i po co?" Poczciwa panna Karolina zapewne mimo woli najdyplomatyczniej postąpiła zaraz przy wejściu przyprowadzając do niego brata, a matka jej, widać uprzedzając domniemane zapytania, nie omieszkała szepnąć tu i owdzie, że to bardzo zdolny budowniczy (Paweł miał prawo do tej nazwy, bo już wzorowo zdał egzamen kohduktorski) i znakomicie uczony matematyk, który przedtem kształcił jej Stasia. Odtąd już nikt nie zwracał nań uwagi.
Dudli fortepian i skrzypce, kobiety ładne, młodzież hoża, posadzka wywoskowana, salon obszerny, gospodarstwo uprzejme, chłodniki i przekąski smaczne, wina obfitość, światła do zbytku, stroje gustowne, dźwięk, blask, woń, szał zabawy i nawet nieco wesołości, której prawdziwego wyrazu tak trudno dostrzec na tym podobnych zebraniach.
A jednak Paweł rozmawia jak bez życia z gospodarzem i z panem Celestynem. W szanownym tym panu, tak niegdyś pożądanym i ożywiającym każde towarzystwo, zdawało się, przynajmniej na pozór, że prócz rysów prawie nic z dawnego człowieka nie pozostało. Łysinę nakrywał peruką, siwawe wąsy czernił, dobrego humoru i gadatliwości ani dopatrzyć w stroskanym
W Pawle na pierwszy rzut oka odgadły zaraz kobiety przybysza z innej sfery, niemodnej. Niezwyczajna i zadumana twarz jego mimo zaniedbanego ubioru wywarłaby może większe wrażenie od wielu gładkich i dobrze wypranych fizjonomijek, gdyby w nim widać było bardziej bywalca światowego, a przynajmniej więcej śmiałości i pewności. Bądź co bądź, wyglądał na tak zwaną w towarzystwie figurę zakazaną, o którą to zwykle goście z tajonym uśmiechem zapytują się: „Kto, skąd i po co?" Poczciwa panna Karolina zapewne mimo woli najdyplomatyczniej postąpiła zaraz przy wejściu przyprowadzając do niego brata, a matka jej, widać uprzedzając domniemane zapytania, nie omieszkała szepnąć tu i owdzie, że to bardzo zdolny budowniczy (Paweł miał prawo do tej nazwy, bo już wzorowo zdał egzamen kohduktorski) i znakomicie uczony matematyk, który przedtem kształcił jej Stasia. Odtąd już nikt nie zwracał nań uwagi.
Dudli fortepian i skrzypce, kobiety ładne, młodzież hoża, posadzka wywoskowana, salon obszerny, gospodarstwo uprzejme, chłodniki i przekąski smaczne, wina obfitość, światła do zbytku, stroje gustowne, dźwięk, blask, woń, szał zabawy i nawet nieco wesołości, której prawdziwego wyrazu tak trudno dostrzec na tym podobnych zebraniach.
A jednak Paweł rozmawia jak bez życia z gospodarzem i z panem Celestynem. W szanownym tym panu, tak niegdyś pożądanym i ożywiającym każde towarzystwo, zdawało się, przynajmniej na pozór, że prócz rysów prawie nic z dawnego człowieka nie pozostało. Łysinę nakrywał peruką, siwawe wąsy czernił, dobrego humoru i gadatliwości ani dopatrzyć w stroskanym
www.heavyvisions.pl


