Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 21
słowo, że raz w życiu muszę dojść do jakich takich mebli. Widzisz — mam już łóżko, szafkę, parę krzeseł, a teraz i toaletkę... i to wszystko z łaski poczciwego Józiaka.
— Strzeżże mnie, Panie, żebym miał co przeciw temu chłopcu, jemu z oczu patrzy uczciwość. Poproś go, kochanie, żeby mi się takiej samej toaletki postarał, dam mu pięć rubli i parę złotych na piwo.
— Nie przyjmie.
— No to mniejsza! Tylko mi to zrób, poczciwy Pawełku, będę cię kochał jeszcze bardziej, kochanie!
— Zobaczymy, spróbuję — odparł Paweł wdziewając świeżutką, białą kamizelkę z gustownymi, świecącymi guzikami, którą Józiak tylko co przyniósł od praczki.
Marcelek miał na sobie ciemną, i do tego nie tak modnie zrobioną, błysnęły mu żywiej okrąglutkie oczy bez wyrazu.
— Pamiętaj, że będziemy tańczyli ze sobą kontredansa vis à vis — rzekł po chwilowym zastanowieniu.
— Nie tańczę zupełnie.
— Czemu?
— Nie lubię.
— E... tańcz! mój najdroższy!
— Nie chcę.
— A jak ci też niegodziwie leży ta kamizelka, jak ci nie do twarzy!... Wiesz co, bracie, pomieniajmy się! Dam ci moję ciemną, a ty mi swojej pożyczysz na dziś, mnie, jako tańczącemu, to właściwiej... a tobie, jak Boga kocham, bardzo będzie
comme il faut w ciemnej. Jeżeli nie chcesz, to strzeżże mnie, Boże, ale sprobuj no tylko! — zawołał wkładając na Pawła ciemną, aksamitną kamizelkę, jak wór luźnie leżącą i pomarszczoną, gdy tymczasem na tęższej jego piersi biała leżała obciśle, ale jakby ulana.