Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 18
praszam za śmiałość, pan budowniczy ma tylko jedno, i to nieszczególne, prześcieradło, za te dwa ruble można sprawić przynajmniej ze dwa.
— Dziękuję ci, mój bracie, za dobre serce i przyjacielską radę... przypomnij mi jutro, może się znajdzie prócz tych czterech i parę rubli na płótno... Bóg ci zapłać! Byłbym najszczęśliwszy, gdyby mnie Marcelek chciał zwolnić dzisiaj od wprowadzenia na ten bal... posiedzielibyśmy sobie, pogawędzili. Ot widzisz, Józiaku, cała moja robota na nic, bo kapliczka, com narysował, byłaby za droga.
— To i pan Gulmańcewicz ma tam być dzisiaj? — zapytał Józiak nader żywo, nie słysząc już, co Paweł mówił potem.
— Wujenka poznała się na wsi tego lata z macochą pani Anieli, prosiła mnie, żeby go tam wprowadzić. Uprzedziłem już pana Beleńskiego o tym. To właśnie dla niego zabawa! Przystojny, tańczy gracko.
— Zapewne! — bąknął markotnie Józiak. Mimo woli czoło zmarszczył — i jakoś niespokojnie spojrzał na Pawła.
— Cóż tam słychać więcej u ciebie? Jak ci się powodzi, jak się ma ciotka? Siadajże! — zawołał nalegająco Paweł i przysunął mu wyplatane krzesło, na którym Józiak, chociaż był znużony, nie śmiał usiąść przez uszanowanie.
— Odkąd pana budowniczego spotkałem na wilii przeszłego roku u kuma Szczepana, jakoś z łaski Boga powodzi mi się coraz lepiej, zawsze się znajdzie i robota, i zarobek, ale ciotczysko to się ma coraz gorzej. Kaszle, biedactwo, ustawicznie, piersi bolą, doktor, co go pani Beleńska przysyła, niewiele sobie z niej obiecuje, a ojciec Jakub powiada, że nic z niej nie będzie.
— Muszę was kiedy znowu odwiedzić.
— Dziękuję ci, mój bracie, za dobre serce i przyjacielską radę... przypomnij mi jutro, może się znajdzie prócz tych czterech i parę rubli na płótno... Bóg ci zapłać! Byłbym najszczęśliwszy, gdyby mnie Marcelek chciał zwolnić dzisiaj od wprowadzenia na ten bal... posiedzielibyśmy sobie, pogawędzili. Ot widzisz, Józiaku, cała moja robota na nic, bo kapliczka, com narysował, byłaby za droga.
— To i pan Gulmańcewicz ma tam być dzisiaj? — zapytał Józiak nader żywo, nie słysząc już, co Paweł mówił potem.
— Wujenka poznała się na wsi tego lata z macochą pani Anieli, prosiła mnie, żeby go tam wprowadzić. Uprzedziłem już pana Beleńskiego o tym. To właśnie dla niego zabawa! Przystojny, tańczy gracko.
— Zapewne! — bąknął markotnie Józiak. Mimo woli czoło zmarszczył — i jakoś niespokojnie spojrzał na Pawła.
— Cóż tam słychać więcej u ciebie? Jak ci się powodzi, jak się ma ciotka? Siadajże! — zawołał nalegająco Paweł i przysunął mu wyplatane krzesło, na którym Józiak, chociaż był znużony, nie śmiał usiąść przez uszanowanie.
— Odkąd pana budowniczego spotkałem na wilii przeszłego roku u kuma Szczepana, jakoś z łaski Boga powodzi mi się coraz lepiej, zawsze się znajdzie i robota, i zarobek, ale ciotczysko to się ma coraz gorzej. Kaszle, biedactwo, ustawicznie, piersi bolą, doktor, co go pani Beleńska przysyła, niewiele sobie z niej obiecuje, a ojciec Jakub powiada, że nic z niej nie będzie.
— Muszę was kiedy znowu odwiedzić.
www.heavyvisions.pl