Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 16
łzy, co je raz widział gorące i wymowne... „Oczy archanioła to twoje oczy" — pomyślał przypominając sobie początek owych wierszy hiszpańskiego poety i przyznać musiał, że choć już kilka lat upłynęło, można by jeszcze bez zająknienia toż samo na cześć jej piękności powtórzyć — a piękność serca i duszy, której tyle nowych miał dowodów w samej tylko łaskawej opiece nad Józiakiem i jego ciotką!
— O czym też marzę! — szepnął z przymuszonym uśmiechem i przechadzając się szerokimi krokami po sporej, chłodnej, tylko co wybielonej sali, którą dwie świece stojące przy rajzbrecie oświecały niepewnie. Wprowadziwszy się do tego gmachu, gdzie kierował robotami w lecie, nie myślał i w zimie opuszczać mieszkania, które, chociaż chłodne, nic go nie kosztowało i było prawie w środku miasta. Myślał teraz, jakby zmodyfikować projekt, bacząc koniecznie na wzgląd oszczędności, którą zalecił pan Beleński, mąż pani Anieli, ów eks-konkurent nr 1 — i obawiał się, czy przystanie nawet na zmodyfikowany.
A jednak żal mu było kapliczki z wysmukłą wieżą w cieniu świerków i modrzewi, postanowił chociaż zrobić z niej akwarelkami pejzażyk i pokazać pani Anieli... żal mu było i marzeń krążących coraz uporczywiej koło jednej istoty, łudzących się coraz boleśniej i namiętniej, od których rozsądek i wola daremnie nakazywały oderwać się na zawsze.
Wtem nieśmiało zastukano i wszedł Józiak zadyszany.
— Przepraszam pana budowniczego, może się spóźniłem, ale by pewnie nie wyprasowała, gdybym jej nie dopilnował — rzekł kładąc na łóżku czystą bieliznę w zawiniątku.
— Dziękuję ci, mój bracie, i przepraszam, żem cię trudził — siadaj z łaski swojej!
— O czym też marzę! — szepnął z przymuszonym uśmiechem i przechadzając się szerokimi krokami po sporej, chłodnej, tylko co wybielonej sali, którą dwie świece stojące przy rajzbrecie oświecały niepewnie. Wprowadziwszy się do tego gmachu, gdzie kierował robotami w lecie, nie myślał i w zimie opuszczać mieszkania, które, chociaż chłodne, nic go nie kosztowało i było prawie w środku miasta. Myślał teraz, jakby zmodyfikować projekt, bacząc koniecznie na wzgląd oszczędności, którą zalecił pan Beleński, mąż pani Anieli, ów eks-konkurent nr 1 — i obawiał się, czy przystanie nawet na zmodyfikowany.
A jednak żal mu było kapliczki z wysmukłą wieżą w cieniu świerków i modrzewi, postanowił chociaż zrobić z niej akwarelkami pejzażyk i pokazać pani Anieli... żal mu było i marzeń krążących coraz uporczywiej koło jednej istoty, łudzących się coraz boleśniej i namiętniej, od których rozsądek i wola daremnie nakazywały oderwać się na zawsze.
Wtem nieśmiało zastukano i wszedł Józiak zadyszany.
— Przepraszam pana budowniczego, może się spóźniłem, ale by pewnie nie wyprasowała, gdybym jej nie dopilnował — rzekł kładąc na łóżku czystą bieliznę w zawiniątku.
— Dziękuję ci, mój bracie, i przepraszam, żem cię trudził — siadaj z łaski swojej!
www.heavyvisions.pl


