Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 12
niego i dla Marcysi, że kiedy się mu tu dobrze działo, niech nie zmienia miejsca.
Przyszedł potem ojciec Jakub, któremu już szczegółowiej zamiar ów opowiedział.
— Ano, widzę, mój kumie, że odkąd Józiak stąd się wyniósł, diabeł was jakiś kusi coraz bardziej i opętał na dobre — rzekł zakonnik markotnie. — Pójdźcie oto dziś na odpust do Reformatów, westchnijcie szczerze do Przenajświętszej Trójcy i do patrona waszego. Czy się godzi oczywiste błogosławieństwo boskie, owoc krwawej pracy własnej, majątek oto Marcysi, dla dogodzenia ano tam komuś narażać i marnować za figi...
— Choroba tam, figi!
— Ano — malowane.
— Nieprawda! Nie wiecie dokumentnie i gadacie czort wie co.
— No prawda! Nie trza wiedzieć dokumentnie; dosyć ino mieć za grosz oleju w łepetynie, mój kumie!
— E, uczcie sobie tam kogo innego, ojcaszku! Dziękujący Bogu, człek sobie radził oto sam, i poradzi.
— Ano, niech będzie pochwalony! Radźcież sobie, mój kumie! jak możecie, abyście tylko nie żałowali — odparł ojciec Jakub i odszedł jak oparzony.
Daremnie Szczepaniak wołał na niego, nie wrócił. Uwagi jednak Fidrykowej i kwestarza, odpowiednie rannemu wrażeniu, utkwiły mu w pamięci, a kiedy przelotnie wspominając o tymże Marcysi dzieweczka smutną minkę zrobiła i łzy się zakręciły w oczkach, postanowił bądź co bądź nie myślić nawet o zamianie domku — ale zarazem postarać się koniecznie o pieniądze dla pani Kontrolerowej. Jabłuszko aż podskoczył i stłukł okulary, kiedy mu to doniósł tak zwany Porucznik, a Gulmańcewiczowa już nie stroiła tyle grymasów i trudności, [co] przy zaprojektowaniu pierwszej pożyczki od Szczepańskiego.
Przyszedł potem ojciec Jakub, któremu już szczegółowiej zamiar ów opowiedział.
— Ano, widzę, mój kumie, że odkąd Józiak stąd się wyniósł, diabeł was jakiś kusi coraz bardziej i opętał na dobre — rzekł zakonnik markotnie. — Pójdźcie oto dziś na odpust do Reformatów, westchnijcie szczerze do Przenajświętszej Trójcy i do patrona waszego. Czy się godzi oczywiste błogosławieństwo boskie, owoc krwawej pracy własnej, majątek oto Marcysi, dla dogodzenia ano tam komuś narażać i marnować za figi...
— Choroba tam, figi!
— Ano — malowane.
— Nieprawda! Nie wiecie dokumentnie i gadacie czort wie co.
— No prawda! Nie trza wiedzieć dokumentnie; dosyć ino mieć za grosz oleju w łepetynie, mój kumie!
— E, uczcie sobie tam kogo innego, ojcaszku! Dziękujący Bogu, człek sobie radził oto sam, i poradzi.
— Ano, niech będzie pochwalony! Radźcież sobie, mój kumie! jak możecie, abyście tylko nie żałowali — odparł ojciec Jakub i odszedł jak oparzony.
Daremnie Szczepaniak wołał na niego, nie wrócił. Uwagi jednak Fidrykowej i kwestarza, odpowiednie rannemu wrażeniu, utkwiły mu w pamięci, a kiedy przelotnie wspominając o tymże Marcysi dzieweczka smutną minkę zrobiła i łzy się zakręciły w oczkach, postanowił bądź co bądź nie myślić nawet o zamianie domku — ale zarazem postarać się koniecznie o pieniądze dla pani Kontrolerowej. Jabłuszko aż podskoczył i stłukł okulary, kiedy mu to doniósł tak zwany Porucznik, a Gulmańcewiczowa już nie stroiła tyle grymasów i trudności, [co] przy zaprojektowaniu pierwszej pożyczki od Szczepańskiego.
www.heavyvisions.pl