Domek przy ulicy Głębokiej cz. 3 (Wolski Włodzimierz)
Strona 11
pani ambarasować się o pieniądze! A jak przyjdzie płacić długi...
— Z procentami — to i niewiele zostanie majątku, najprawdziwsza prawda! Dlatego też — pójdźmy oto jutro albo pojutrze do niej razem i — dają najświętsze słowo honorowe — zaraz do interesu.
— Nie ma co, trzeba ratować babinę — wtrącił Porucznik, smętnie patrząc na próżną, ostatnią butelkę.
Kum Szczepan, rozbujany tym podobnymi radami, uwagami, miodem i jamają, której hojny Porucznik wmusił w nich po dwa kieliszki, wróciwszy na Głęboką marzył do późna o Wilczym Dołku nad Narwią, o koczobryku, we własnej kuźni okutym, ale co się nazywa, na urząd, którym Marcysia będzie z nim jeździła w niedzielę do kościoła — o Jakubowej, jakby doglądała wiejskiego gospodarstwa, o Maciusiu, któremu by zaraz kuźnię odstąpił, o panu Marcinie, jakby z Warszawy na wieś w konkury przyjeżdżał, o pani Kontrolerowej, co by u dzieci zawsze pół roku bawiła... I zasnął stary jak student w wilię wakacyj, jak zakochane dziewczątko. Nazajutrz jednak, gdy wyszedł na podwórko, a słoneczko boże, tak złociście odbijając się w Wiśle, dygotało radośnie w szybkach jego domu, szerokim pasem po dachówce płynęło, przypomniał sobie, że w tym miejscu grzęzła kiedyś w błocie stara rudera i deszcz lał przez gonty pogniłe, że najprzód z mozołem podwórko płotem ogrodził, potem wystawił kuźnię, potem kamieniczkę... i spodobała mu się jakoś teraz tak jak nigdy. Knykciem postukał w mury, obejrzał pilnie, czy gdzie czego nie brakuje, i poszedł do Fidrykowej zwierzyć się, ale nie ze wszystkim, z zamierzonej sprzedaży swego domku. Fidrykowa nuż badać, nuż wypytywać, odradzać i krzyczeć płaczliwie, że to będzie nieszczęście dla
— Z procentami — to i niewiele zostanie majątku, najprawdziwsza prawda! Dlatego też — pójdźmy oto jutro albo pojutrze do niej razem i — dają najświętsze słowo honorowe — zaraz do interesu.
— Nie ma co, trzeba ratować babinę — wtrącił Porucznik, smętnie patrząc na próżną, ostatnią butelkę.
Kum Szczepan, rozbujany tym podobnymi radami, uwagami, miodem i jamają, której hojny Porucznik wmusił w nich po dwa kieliszki, wróciwszy na Głęboką marzył do późna o Wilczym Dołku nad Narwią, o koczobryku, we własnej kuźni okutym, ale co się nazywa, na urząd, którym Marcysia będzie z nim jeździła w niedzielę do kościoła — o Jakubowej, jakby doglądała wiejskiego gospodarstwa, o Maciusiu, któremu by zaraz kuźnię odstąpił, o panu Marcinie, jakby z Warszawy na wieś w konkury przyjeżdżał, o pani Kontrolerowej, co by u dzieci zawsze pół roku bawiła... I zasnął stary jak student w wilię wakacyj, jak zakochane dziewczątko. Nazajutrz jednak, gdy wyszedł na podwórko, a słoneczko boże, tak złociście odbijając się w Wiśle, dygotało radośnie w szybkach jego domu, szerokim pasem po dachówce płynęło, przypomniał sobie, że w tym miejscu grzęzła kiedyś w błocie stara rudera i deszcz lał przez gonty pogniłe, że najprzód z mozołem podwórko płotem ogrodził, potem wystawił kuźnię, potem kamieniczkę... i spodobała mu się jakoś teraz tak jak nigdy. Knykciem postukał w mury, obejrzał pilnie, czy gdzie czego nie brakuje, i poszedł do Fidrykowej zwierzyć się, ale nie ze wszystkim, z zamierzonej sprzedaży swego domku. Fidrykowa nuż badać, nuż wypytywać, odradzać i krzyczeć płaczliwie, że to będzie nieszczęście dla
www.heavyvisions.pl